wtorek, 21 marca 2017

Rozdział 13

Witam po kolejnej nieco dłużej przerwie. Myślałam, że uwinę się trochę szybciej, ale w zasadzie przed samym końcem rozdziału dopadło mnie lenistwo i tak od dwóch tygodni brakowało mi tylko jednej sceny, aby go skończyć. Mam nadzieję, że z kolejnym pójdzie mi sprawniej.
Z góry dziękuję również za wskazanie wszelkich błędów i literówek. Znając moje szczęście, to i tak się jakieś znajdą, chociaż starałam się wszystkiego dopilnować.

***

Na wyjście to „Tawerny Tadla” i spotkanie z żołnierzem Elyana musiała zaczekać cztery długie dni. Uznawszy, że faktycznie pokazanie się wśród Dhornijczyków w swoim roboczym stroju nie należy do najrozsądniejszych pomysłów, udała się do Gastona, jednego z niewielu pozostałych w mieście krawców. Zamówiła sobie u niego prostą, ale w miarę elegancką sukienkę w ciemnoniebieskim kolorze, a także dodatki w postaci płaszcza, butów i rękawiczek. Zapłaciła za to naprawdę sporo, a niemal jeszcze raz tyle, by zamówienie zostało wykonane w przeciągu trzech dni.
Czas oczekiwania na przyjście sukienki spędziła głównie na badaniu okolicy tawerny. Ku swojemu niezadowoleniu musiała przyznać, że faktycznie było to miejsce oblegane przez Dhornijczyków i naprawdę rzadko kiedy wchodził tam ktoś inny niż żołnierz.
Zgodnie z jej obawami tawerna znajdowała się w pobliżu zamku. Gdy księżniczka zobaczyła go po raz pierwszy od dłuższego czasu, poczuła nieprzyjemny skurcz w żołądku, zwłaszcza gdy jej wzrok padł na zatknięte na szczycie zamkowych murów głowy. Z takiej odległości nie była w stanie rozpoznać, do kogo one należały, szczególnie że zostały z nich same czaszki i powiewające na wietrze włosy.
Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej, że patrzy na swój były dom, w którym przecież spędziła całe dotychczasowe życie; wtedy też zalała ją fala wspomnień: okno w jej pokoju wychodzące na rozległy park, w którym ćwiczyła jazdę konno; jasne i przestronne korytarze, obwieszone obrazami oraz gobelinami; sala balowa, w której uczyła się różnych rodzajów tańca dworskiego; biblioteka, położona niedaleko komnat jej ojca…
Stała nieruchomo przez kilka długich chwil, dopóki ktoś przypadkiem na nią nie wpadł. Szybko ukryła się wśród wąskich uliczek, obiecując sobie mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, że przywróci Betancurię jej prawowitym władcom. Wiedziała jednak, że czeka ją jeszcze długa droga.
***
Posłaniec z przesyłką przybył do „Niedźwiedziej Nory” późnym wieczorem, kiedy część pracowników kuchni rozeszła się do domów. Księżniczka podziękowała niedbale nastoletniemu chłopcu, wręczyła mu dwie monety i wróciła szybko do swojego pokoju, po czym, nie zamykając drzwi, z lekkim rozgorączkowaniem otworzyła paczkę.
Sukienka prezentowała się jeszcze lepiej niż w sklepie. Nie zastanawiając się za długo, Elyana natychmiast się w nią ubrała i założyła jeszcze dokupione pantofelki, a następnie podeszła do lustra, by zobaczyć, jak wygląda. Mimo że sukienka nie była zapięta na plecach, a rozczochrane włosy sterczały we wszystkie strony, to przez chwilę poczuła się, jakby jej życie nigdy się nie zmieniło; w tym momencie właśnie szykowała się na bal; zaraz miała przyjść służąca, która pomoże jej dobrać dodatki i ułożyć włosy…
Dodatki! W dwóch krokach dopadła do łóżka, pod którym schowała zdobyty w wieży czarodzieja łup. Monety odsunęła na bok, po czym sięgnęła jeszcze dalej i wyciągnęła zachowaną dla siebie biżuterię. Lekko drżącymi dłońmi zapięła łańcuszek oraz bransoletkę i wróciła do lustra.
Obie ozdoby co prawda nie pasowały za bardzo do sukienki, a poza tym Elyana uznała, że głupotą byłoby pokazywać się Dhornijczykom w szlachetnych kamieniach; to na pewno wzbudziłoby ich podejrzenia. Mimo to i tak czuła się o wiele lepiej niż zwykle i kilka chwil spędziła po prostu na przyglądaniu się swojemu odbiciu. Minął dłuższy moment, gdy zorientowała się, że ktoś stoi w drzwiach.
Była to Trissa; przyglądała się jej dziwnym, nieco nieobecnym spojrzeniem. Oczy miała zaczerwienione, ale nie płakała.
– Wychodzisz gdzieś? – zapytała cicho, po czym niepewnie weszła do pokoju księżniczki i zamknęła za sobą drzwi.
– No cóż, tak – odrzekła Elyana, czując się nagle niezwykle głupio. Spróbowała zdjąć bransoletkę, ale nie mogła poradzić sobie z zapięciem.
– Szkoda – westchnęła Trissa ze smutkiem. – Słyszałam, że nie śpisz, to pomyślałam, że może będziemy mogły trochę porozmawiać.
– Jeszcze nie wyszłam – rzekła księżniczka, zdjęta nagłym współczuciem, i uśmiechnęła się do niej lekko. – Więc mów, o co chodzi.
– Dzięki. – Trissa spróbowała odpowiedzieć na jej uśmiech, ale bardziej przypominało to jakiś krzywy grymas niż cokolwiek innego. – Wiesz – zaczęła po dłuższej chwili, siadając na brzegu łóżka – zawsze myślałam, że jesteś taka zarozumiała i że uważasz nas z kuchni za kogoś gorszego od siebie. Ale teraz widzę, że chyba się pomyliłam. No bo skoro chcesz znaleźć tego kogoś, kto zabił Carona…
– Hm, no tak – mruknęła Elyana, nie bardzo wiedząc, jak odpowiedzieć na to dość szczere i nieoczekiwane wyznanie.
– Wiesz, kto go zabił, prawda? Wtedy, na cmentarzu, powiedziałaś, że nie, ale…
– Wiem. Ale nie mogę ci powiedzieć. – Księżniczka poczuła wyrzuty sumienia, gdy zobaczyła wyraz twarzy Trissy. – Przynajmniej nie teraz – dodała po chwili.
– No dobrze – westchnęła dziewczyna. – A ten strój… – Ruchem głowy wskazała na suknię i biżuterię. – Umówiłaś się z kimś?
– Chyba można tak powiedzieć. Ale to ma związek z tym, żeby dorwać tych, którzy zabili Carona. – Księżniczka poczuła dziwną potrzebę wyjaśnienia swojego wyglądu.
– Rozumiem. – Trissa wstała z łóżka i podeszła do Elyany; sięgnęła dłonią do jej włosów i chwyciła jeden z kosmyków w palce. – Jak chcesz, to mogę cię uczesać.
Księżniczka skinęła głową, zaskoczona życzliwością dziewczyny. Ta ustawiła ją przodem do lustra i bez zbędnych ceregieli wzięła się do pracy. Nie zajęło jej to dużo czasu: ograniczyła się do zebrania włosów i upięcia odstających kosmyków, ale mimo to fryzura sprawiała wrażenie dość czasochłonnej.
– Gotowe – stwierdziła Trissa po chwili. – W końcu wyglądasz tak, jak powinnaś.
– Słucham? – zapytała Elyana nieco nieprzytomnie, unosząc rękę, by ostrożnie dotknąć włosów. Obróciła się lekko, żeby zobaczyć, jak całość wyglądała z tyłu.
– Nie udawaj, wasza wysokość. – Dziewczyna uśmiechnęła się trochę smutno. – Prawie wszyscy w kuchni wiedzą, kim jesteś.
Księżniczka nie miała pojęcia, co mogłaby na to odpowiedzieć. Wpatrywała się w Trissę w milczeniu, czując, że oblewa ją dala gorąca, a policzki pokrywają się rumieńcem. Zaraz potem dotarło do niej, że w zasadzie kwestią czasu jest to, że ktoś na nią doniesie Dhornijczykom oraz że miała wyjątkowe szczęście, że jeszcze do tego nie dosżło.
– Nie rób takiej wystraszonej miny. – Trissa parsknęła śmiechem. – Nikt nie puści pary z ust.
– J-jak długo wiecie? – wyjąkała Elyana, osuwając się na stojące przy stole krzesło. Nawet nie miała sił udawać, że to pomyłka.
– W sumie to od samego początku – odpowiedziała dziewczyna, zajmując drugie krzesło. – Po pierwsze to, że Chella ścięła ci włosy, w zasadzie nic nie dało, i  tak można było cię rozpoznać. Po drugie wystarczyło kilka chwil, żeby poznać, że wcześniej nie musiałaś pracować. Nigdy nie widzieliśmy tak krzywo pokrojonych warzyw.
– No tak – mruknęła księżniczka. – Trudno było nie zauważyć.
– Dokładnie. Ale miałaś szczęście, że Vico cię znalazł – stwierdziła Trissa. – Gdyby dorwali cię żołnierze, to pewnie by cię zabili.
– Faktycznie, wielkie szczęście – prychnęła z przekąsem, po czym zerwała się z krzesła; wspomnienie o tym mężczyźnie otrzeźwiło ją. – A teraz wybacz, ale muszę już iść.
– Jasne. – Dziewczyna również wstała i dygnęła przed nią. – Powodzenia! – rzuciła na pożegnanie i wyszła.
Gdy drzwi się zamknęły, Elyana ze złością szarpnęła za bransoletkę, która ciągle nie chciała się odpiąć. Nie sprawdzając nawet, czy jej nie uszkodziła, wrzuciła ją pod łóżko, zarzuciła płaszcz i szybkim krokiem opuściła pokój.
***
Po drodze do „Tawerny Tadla” Elyana szybko zaczęła żałować, że nikomu nie powiedziała, dokąd idzie; nadzieja na to, że nie wpadnie w kłopoty w miejscu, w którym najprawdopodobniej będą przebywać prawie sami żołnierze wrogiej armii była więcej niż naiwna. Księżniczka nie przypuszczała co prawda, by wpływy Nathana sięgały dhornijskich więzień, ale przynajmniej ktoś wiedziałby, co w ogóle się z nią dzieje.
Wkrótce jednak te myśli ją opuściły, gdy zaczęła czerpać przyjemność z samej przechadzki. Powietrze, mimo późnej pory, było jeszcze całkiem ciepłe, a niebo ozdabiały migoczące gwiazdy, nieprzysłonięte nawet pojedynczą chmurą. Ulicami roznosił się przyjemny zapach morskiej bryzy oraz kwitnących miejscami kwiatów.
Starając się nie patrzeć na wyraźniejszy z każdą chwilą zamek, dyskretnie rozglądała się wokół, by w razie czego wiedzieć, którędy mogłaby uciekać, gdyby coś poszło nie tak. Słowa Trissy, że praktycznie każdy w kuchni znał jej prawdziwe pochodzenie, wpłynęły na nią mocniej, niż sama przed sobą była w stanie to przyznać. Zastanawiała się, ile osób rozpoznawało ją na ulicach oraz ile z nich poinformowało o tym Dhornijczyków.
Księżniczka westchnęła ciężko i skręciła w uliczkę, przy której znajdowała się tawerna. Widziała ją wyraźnie: jako jedno z niewielu miejsc w mieście miała zawieszoną przed wejściem lampę, która oświetlała drzwi oraz wiszący nad nimi szyld z namalowaną na nim butelką wina.
Elyana zatrzymała się przed solidnie wyglądającymi dębowymi drzwiami i położyła rękę na zimnej, mosiężnej klamce, ale jej nie nacisnęła. Czuła się, jakby nagle serce zawędrowało jej w okolice gardła i tamtędy próbowało wydostać się na wolność. W końcu jednak wzięła kilka głębszych oddechów i weszła do środka.
Wnętrze tawerny stanowiła jedna sporych rozmiarów izba, gęsto zastawiona okrągłymi, kilkuosobowymi stolikami. W powietrzu dominował zapach piwa i wina, ale nic ponad to. Wewnątrz było też zadziwiająco cicho: poza szmerem rozmów, dźwiękiem odstawianych kieliszków, kufli czy butelek, nie dało się słyszeć czegokolwiek innego. Księżniczkę najbardziej zaskoczył jednak brak jakiejkolwiek muzyki, która nieodłącznie kojarzyła się jej z takim miejscem.
Księżniczka ruszyła w głąb sali, nie chcąc zwracać na siebie uwagi zbyt długim staniem w drzwiach. Powoli kluczyła między stolikami, uważając, by nikogo nie potrącić. Rozglądała się przy tym dookoła z nadzieją, że może zauważy któregoś z dwóch żołnierzy, którzy zabili Carona, albo chociaż tego, który chciał ją zatrzymać.
Dziwił ją fakt, że żaden z Dhornijczyków nie próbował dowiedzieć się, dlaczego w ogóle tu przyszła. Z tego, co zaobserwowała do tej pory, byli oni dość surowi, jeśli chodziło o samotne kobiety odwiedzające karczmy czy tawerny.
– No proszę, kto to przyszedł! – Księżniczka usłyszała dobiegający z rogu sali radosny okrzyk. Gdy zobaczyła, że to żołnierz, który próbował ją aresztować, gdy wracała od Hatoriego, przywołała na usta lekki uśmiech, licząc na to, że może od niego dowie się czegoś o zabójcach Carona.
Kiedy podeszła bliżej, okazało się, że nie był sam. Powstrzymała się od niezadowolonego westchnięcia i usiadła na krześle, które żołnierz dla niej odsunął.
– Widzę, że już pozbyłaś się brata? – zapytał, dając jednocześnie znak barmanowi, by przyniósł dodatkowy kieliszek, co ten bez chwili zwłoki uczynił, kłaniając się przy tym usłużnie.
– Tak. – Elyana skinęła głową, obserwując, jak barman nalewa jej wina.
Dhornijczyk roześmiał się głośno i uniósł swój kieliszek.
– Za Betancurię, Miasto Dziwek!
Kilkoma łykami wypił wino i dolał sobie kolejną porcję. Jego towarzysz spojrzał na niego z niesmakiem, ale nic nie powiedział. Elyana zauważyła, że spoglądał na nią co chwilę, ale na szczęście niczego nie komentował.
– No weź, Simon! Nie mów, że nie miałbyś na nią ochoty! – Żołnierz przygarnął księżniczkę do siebie tak gwałtownie, że ta prawie oblała się winem.
– Dziwka jakich pełno w tym mieście. – Simon wzruszył ramionami.
– Niby tak, ale ta jest naprawdę niezła!
– O każdej tak mówisz, ale niech ci będzie. – Simon westchnął, po czym dopił zawartość swojego kieliszka i wstał, po czym wygładził mundur. – Tylko nie daj się złapać. Jeśli patrol albo, co gorsza, Benthur cię przyłapie, to nawet ja nie będę w stanie ci pomóc. Poza tym chyba już ci wystarczy – dodał, gdy żołnierz sięgnął po butelkę, po czym zwrócił się do szynkarza: – Jero już więcej nie pije.
– Oczywiście, panie. – Barman kolejny raz ukłonił się głęboko.
– Do niczego się dzisiaj nie nadajesz, Simon – prychnął Jero, ale posłusznie odstawił butelkę.
– I tak robi się już późno. Będę szedł.
– Dobra. Widzimy się jutro? – Żołnierz podniósł się chwiejnie i podparł o stół, by nie stracić równowagi; Elyana uznała, że faktycznie musiał sporo wypić przed jej przyjściem.
– Tak, do jutra.
Obaj klepnęli się wzajemnie po ramionach na pożegnanie, po czym Simon opuścił tawernę. Drugi żołnierz powoli osunął się na krzesło i skierował uwagę na księżniczkę, co rusz zerkając na jej piersi. Dziewczyna odchrząknęła lekko, czując wypływający na jej policzki rumieniec, i otuliła się mocniej płaszczem.
– A jak właściwie masz na imię? – zapytała w końcu po dłuższej chwili milczenia i wypiła odrobinę wina, które miało całkiem przyjemny owocowy posmak.
– Jero. Jero Fetton – odpowiedział nieco bełkotliwie, kładąc dłoń na piersi i kłaniając się lekko. – Zamówiłbym ci coś do picia – dodał, gdy jego wzrok padł na pustą butelkę – ale Simon wyraził się dość jasno. Nie sądzę, że barman cokolwiek by nam sprzedał.
– W porządku. – Elyana uśmiechnęła się słabo i dopiła zawartość kieliszka.
Już miała go odstawić, gdy kątem oka zauważyła tego łysego żołnierza, który zabił Carona. Gwałtownie wciągnęła powietrze, przez co nagle zaczęła się krztusić. Łzy napłynęły jej do oczu, gdy nie mogła złapać tchu. Jero klepał ją mocno po plecach, a spojrzenia niemal wszystkich zebranych zwróciły się w ich stronę. W tym momencie nie miało to dla niej żadnego znaczenia; liczyło się tylko to, by znów móc oddychać.
Po kilku chwilach, które wydawały się jej trwać wieczność, udało się jej zaczerpnąć tchu i zapanować nad kaszlem. Grzbietem dłoni przetarła załzawione oczy i spojrzała na Jero, który wyglądał na mocno rozbawionego.
– Już lepiej? – zapytał, podnosząc przewróconą butelkę; Elyana nawet nie zauważyła, kiedy ją wywróciła.
– Tak – odpowiedziała słabo, po czym zaniosła się kaszlem. Ukradkiem zerknęła na żołnierza, który odpowiadał za śmierć Carona; właśnie zakładał płaszcz, zbierając się do wyjścia.
– A ty jak się nazywasz? – Usłyszała kolejne pytanie tak blisko ucha, że aż podskoczyła; nie wiedziała, kiedy Jero usiadł tak blisko.
– Eee… Tina – wyjąkała w końcu, ponownie zerkając na mężczyznę, który tym razem spojrzał jej prosto w oczy. Znieruchomiał na chwilę, po czym ruszył w stronę ich stolika.
– Ładnie. – Jero nie zwrócił uwagi na jej wahanie.
Elyana zmartwiała. Słyszała kroki zbliżającego się do nich żołnierza. Nagle przyszło jej do głowy, że być może tamten jednak widział ją wtedy w kanałach i poczuła, że zaraz zemdleje. Z całych sił zacisnęła dłonie na brzegach krzesła i czekała na nieuniknione.
– No, Fetton, widzę, że masz nową panienkę, co? – Mężczyzna zaśmiał się nieprzyjemnie, przyglądając się uważnie księżniczce.
– Mam – odpowiedział Jero i objął ją w talii. Dziewczynie wydawało się, że słyszy wrogość w jego głosie.
– To baw się dobrze. – Żołnierz mrugnął do niego porozumiewawczo, poklepał Elyanę po ramieniu i wyszedł. Księżniczka nie mogła powstrzymać się od westchnienia ulgi.
– Słuchaj, Tina, chyba nie ma co tu siedzieć – powiedział Jero, cały czas patrząc nieprzyjaźnie za żołnierzem. – Znam takie przyjemne miejsce niedaleko, dokąd możemy pójść.
– Tak, chodźmy. – Księżniczka zerwała się z miejsca, o mały włos kolejny raz nie wywracając butelki.
Fetton ze śmiechem objął ją w pasie i przyciągnął mocno do siebie. Chwiał się dość mocno; dziewczyna cały czas starała się nie stracić równowagi oraz na nikogo nie wpaść, co wcale nie należało do najłatwiejszych zadań.
Chłodne powietrze uderzyło ich twarze, gdy znaleźli się na zewnątrz. Elyana jeszcze szczelniej otuliła się płaszczem i posłusznie poszła razem z Jero w stronę niskich budynków, ciągnących się wzdłuż drugiej strony ulicy. Żołnierz przez cały ten czas nie wypuszczał jej z objęć, a gdy zaczął całować ją po szyi, poczuła narastającą panikę.
– Słuchaj… – odezwała się, próbując się choć trochę od niego odsunąć, ale bezskutecznie. – Kim był ten facet, który do nas podszedł?
Jero nic nie odpowiedział, ale przerwał pocałunki i zaczął szukać czegoś w kieszeniach. Po chwili wyciągnął długi, mosiężny klucz, którym otworzył drzwi jednego z wyglądających niemal tak samo domów i wszedł do środka. Złapał księżniczkę za rękę i pociągnął ją w stronę schodów. Żołnierz musiał je znać bardzo dobrze, gdyż pomimo wypicia sporej ilości alkoholu i braku światła nie potknął się ani razu.
Weszli do niewielkiego, przytulnego pokoju, znajdującego się na drugim piętrze.
– I jak, podoba ci się? – zapytał mężczyzna, gdy zapalił kilka świec, by rozjaśnić wnętrze.
– Bardzo ładne – przyznała, rozglądając się dookoła. Przemknęło jej przez myśl, że może jeszcze udałoby się jej uciec, ale przecież jeszcze nic nie wiedziała o zabójcy Carona.
– Obejrzysz sobie później. Teraz się rozbieraj i kładź na łóżku.
Elyana zamarła, wpatrując się w milczeniu w Jero. Myślała, że żołnierz być może ma tu ukrytą odrobinę alkoholu i będzie chciał się jeszcze z nią napić; wtedy bez problemu wyciągnęłaby z niego wszelkie informacje, na których jej zależało.
– Na co czekasz? – zapytał mężczyzna ze zniecierpliwieniem.
– Myślałam, że może najpierw trochę… porozmawiamy – wyszeptała, hamując napływające do oczu łzy; głos odmówił jej posłuszeństwa.
– Później. Teraz się rozbieraj.
Księżniczka jeszcze raz zerknęła na niedomknięte drzwi. Doskoczyłaby do nich bez problemu, zwłaszcza że Jero był zajęty w tym momencie ściąganiem butów i nie zwracał na nią uwagi. Wtedy jednak przed oczami stanął jej obraz Carona, leżącego na ziemi i próbującego jej coś powiedzieć.
Jej ręce bez mała mechanicznie, bez udziału jej woli, sięgnęły do zapięcia płaszcza, a potem sukienki i bielizny; gdy żołnierz skończył się rozbierać, ona już była gotowa.
Mężczyzna położył się obok niej i zaczął całować jej szyję i piersi. Elyana wpatrywała się w sufit, starając się ignorować wszystkie jego zabiegi. Myślami cały czas starała się być przy Caronie; wspominała, jak chłopak uczył ją kradzieży drobnych przedmiotów czy otwierania zamków, ich wspólną wyprawę do wieży czarodzieja, ostatnią rozmowę, w czasie której jakby przeczuwała, że widzi go ostatni raz…
Jero kolanem rozsunął jej nogi; dziewczyna ostatkiem sił powstrzymała się przed odepchnięciem go. Zacisnęła mocno powieki, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo ta sytuacja przypomina jej ostatnią noc na zamku oraz to, co zrobił jej Vico. Była co prawda możliwe, że gdyby faktycznie zaczęła się szarpać, to żołnierz przestałby ją dotykać, ale kolejny raz ujrzała Carona i nie zrobiła nic, by go powstrzymać. Obiecała sobie, że gdy tylko nadarzy się ku temu stosowna okazja, to zabije zarówno Vico, jak i Jero.
Tymczasem jednak musiała wyciągnąć od niego konkretne informacje, a żeby to osiągnąć, żołnierz powinien być w dobrym humorze. Zarzuciła mu ramiona na szyję i przytuliła się do niego mocno, co jakiś czas wzdychając z zadowoleniem i jednocześnie czując narastające obrzydzenie do samej siebie.
Mężczyzna powitał jej zabiegi aprobującym mruknięciem i gwałtownym przyspieszeniem ruchów. Elyana zacisnęła zęby, powstrzymując się od syknięcia z bólu. Ku jej niewysłowionej uldze kilka chwil później żołnierz jęknął przeciągle i zamarł, chowając twarz w zagłębieniu jej szyi.
Leżeli tak już dłuższy moment, w trakcie którego księżniczka gładziła jego włosy i kark. Zaczęła bać się, że Jero może zasnął, ale niemal w tej samej chwili żołnierz westchnął z zadowoleniem i położył się obok niej.
– Świetna byłaś, kotku – wymamrotał, bawiąc się jej włosami.
– Dzięki. – Dziewczyna zmusiła się do krzywego uśmiechu. Zastanawiała się, jak zapytać o żołnierza, który podszedł do nich w tawernie i nie wzbudzić przy tym żadnych podejrzeń, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Wiedziała jednak, że musi się pospieszyć, zwłaszcza że Jero powoli zbierał części swojej garderoby.
– Słuchaj… Ten żołnierz, który do nas podszedł… – zaczęła ostrożnie, unosząc się na łokciu. – Wydaje mi się, że już go gdzieś wcześniej widziałam.
– Marricka? – zapytał Jero ze zdziwieniem, wciągając spodnie. – Niby gdzie?
– Nie wiem. – Elyana wzruszyła lekko ramionami, ale nie udało się jej powstrzymać triumfalnego uśmiechu. – Możliwe, że u Tadla jakiś czas temu.
– No tak. – Mężczyzna usiadł na łóżku i zaczął siłować się z butami.
– I… i zwykle przychodził z jakimś swoim przyjacielem. Znasz go może? – kontynuowała i przysunęła się do niego trochę bliżej.
– Znam. Ale od razu ci mówię, żebyś lepiej trzymała się od nich z daleka – powiedział z zaskakującą powagą. – Czemu w ogóle ich szukasz? – zapytał podejrzliwie.
– Po prostu pytam. Z ciekawości. – Elyana przytuliła się do jego pleców i zaczęła wodzić opuszkami palców po jego torsie.
– Hmm… Oni nie będą dla ciebie za mili. Na pewno nie tak jak ja.
– Proszę… - zamruczała, pieszcząc językiem płatek jego ucha. Jero odchylił głowę i poddał się jej zabiegom z wyraźną przyjemnością.
– No niech ci już będzie – wymamrotał, po czym uwolnił się z jej objęć i sięgnął po koszulę. – Tylko nie miej do mnie pretensji, gdy wpakujesz się w kłopoty, dobra?
– Nie martw się o mnie – uśmiechnęła się uspokajająco i przykryła kołdrą.
– Marrick i ten drugi… Reyne chyba, nie pamiętam… Pracują w komórce przesłuchać, jeśli wiesz, co mam na myśli. Zwykle są zajęci w areszcie. Zajmują się głównie złodziejami. Nawet nie wiesz, ile tej zarazy tu jest.
– A gdzie przychodzą? Do Tadla? – Księżniczka szybko zmieniła niewygodny dla niej temat.
– Zwykle tak… Ale ostatnio przestali. – Jero w zamyśleniu podrapał się po policzku, na którym pojawił się cień zarostu. – Marrick często chodzi do „Lwiego Łba” czy jakoś tak, ale nie wiem, co robi Reyne. Ale teraz już naprawdę muszę iść – dodał, zapinając pas z bronią. Sięgnął do sakiewki z pieniędzmi i położył na komodzie garść monet.
– Co to jest? – zapytała ze zdumienie, gdy Jero nachylił się nad nią i cmoknął niedbale w policzek.
– Twoja zapłata, a co innego? – zaśmiał się. – Wpadnij niedługo do Tadla, co? – powiedział jeszcze i wyszedł, zostawiając ją samą w pustym pokoju.
***
Pierwszą rzeczą, którą zrobiła Elyana po powrocie do „Niedźwiedziej Nory”, było wzięcie kąpieli. Żałowała, że nie miała do dyspozycji gorącej wody, ale nie chciała tracić niepotrzebnie czasu, więc skorzystała z zimnej. Po pierwszym szoku, wywołanym niską temperaturą, przywykła do chłodu i, myjąc się dokładnie, oddała się rozmyślaniom.
Jakby nie patrzeć, udało jej się osiągnąć to, co zaplanowała. Znała nazwiska obu żołnierzy, wiedziała taż, gdzie może znaleźć jednego z nich. Dodatkowo wcale nie wyglądało na to, by Jero nabrał podejrzeń co do tego, dlaczego ich szuka; biorąc pod uwagę, że potraktował ją jak zwykłą prostytutkę, uznał pewnie, że po prostu chce znaleźć nowych klientów. Fakt, że było jej to bardzo na rękę, wcale nie zmieniał tego, że czuła się niezwykle upokorzona, szczególnie gdy przypomniała sobie moment, w którym żołnierz dał jej pieniądze. Początkowo chciała je tam zostawić, ale ostatecznie wzięła je ze sobą, by następnie wyrzucić do pierwszej lepszej studzienki kanalizacyjnej.
Chcąc jak najszybciej wyrzucić z pamięci miniony wieczór, zastanawiała się nad kolejnym krokiem. Przeszło jej przez myśl, by może pójść ze zdobytymi informacjami do Nathana, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu, nieświadomie kręcąc przy tym głową. Mistrz pewnie kazałby jej trzymać się od tego wszystkiego z daleka, co było dla niej nie do pomyślenia, zwłaszcza teraz, gdy zmusiła się do spędzenia wieczoru z Dhornijczykiem. Poza tym uważała Carona za swojego najbliższego przyjaciela i nie wyobrażała sobie, by mogła nie pomścić jego śmierci.
Następni w kolejności byli Vico i Tony. Elyana najchętniej zrezygnowałaby z kontaktowania się z tym pierwszym i rozmówiła się od razu z przemytnikiem, lecz problem polegał na tym, że nie miała pojęcia, gdzie go szukać. Nie widziała go nigdy w tajnej kryjówce, a nie dysponowała taką ilością czasu, by na niego czekać; poza tym to oznaczałoby konieczność przebywania z Vico w jednym miejscu, a tego chciała uniknąć za wszelką cenę. Przyszło jej do głowy, by może zapytać Drago, gdzie mogłaby znaleźć Tony’ego, ale sama myśl o tym, że znów miałaby zapuścić się w tamte rejony miasta, wzbudzała w niej absolutną awersję; nie mogła liczyć na to, że kolejny raz będzie miała aż tyle szczęścia, że ktoś znów wyciągnie ją z kłopotów. A gdyby to znów był dhornijski oficer, to narobiłaby sobie tylko więcej problemów.
Dygocząc lekko z zimna, Elyana wyszła z drewnianej balii i energicznie wytarła się szorstkim ręcznikiem. Lodowata kąpiel pozwoliła jej trochę ochłonąć, ale gdy tylko położyła się na łóżku, wszystkie wspomnienia uderzyły w nią z podwójną mocą. Księżniczka miała pewność, że tak źle czuła się ostatnio w noc, kiedy Vico przyprowadził ją do „Niedźwiedziej Nory” i nie poprawiało tego ciągłe przypominanie sobie, że noc z Jero spędziła z własnej woli, i to tylko po to, by Caron został pomszczony.
Dziewczyna zaczęła zastanawiać się, co jej przyjaciel powiedziałby na to, jak się dla niego poświęciła. Podziękowałby jej? Przeprosił, że z jego powodu musiała przejść przez coś takiego? A może brzydziłby się nią? Nie miała pojęcia, jak również nie wiedziała, jak ona zachowałaby się na jego miejscu. Jeszcze rok temu bez wahania stwierdziłaby, że jej poddani muszą zrobić wszystko, by ją ocalić, nawet za cenę życia, ale teraz już nie była tego taka pewno. Kosztowało ją naprawdę sporo, by poświęcić się dla kogoś bliskiego; dlaczego więc ktoś chciałby robić to dla obcej osoby? Nie przychodził jej na myśl żaden zadowalający argument.
Elyana nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła. Śniło jej się, że znów jest z Jero, ale po chwili jego twarz zmieniła się w twarz Vico. W rogu pokoju stał oficer, który pomógł jej w „Mieczniku”, i wykrzykiwał, że zaraz ją aresztuje. Ktoś zapukał do drzwi.
– Proszę! – krzyknęła księżniczka nieco rozpaczliwie, zrywając się z łóżka.
Do pokoju weszła Chella, niosąc tacę, na której stał talerz z parującą zupą. Odstawiła ją na stół i usiadła obok dziewczyny.
– Wszystko w porządku? – zapytała kobieta, obejmując ją ramieniem; Elyana cały czas próbowała zapanować nad oddechem. – Słyszałam, że coś krzyczałaś przez sen.
– Nie, nie, wszystko dobrze – wymamrotała, pocierając oczy. – Przepraszam.
– Nie ma za co przepraszać, dziecko – odpowiedziała Chella łagodnie i przytuliła ją mocniej. – Caron był twoim przyjacielem, więc to normalne, że za nim tęsknisz. Trissa też ciągle popłakuje… – Kobieta urwała nagle, jakby coś jej przyszło do głowy, ale nie poruszyła tego tematu.
Księżniczka nie skomentowała jej słów; ograniczyła się do pokiwania głową.
– Mnie też go brakuje – ciągnęła. – Chwilami byłam dla niego surowa, ale uważałam go za dobrego chłopaka. A teraz już go nie ma… – Chella otarła twarz rękawem i wstała gwałtownie. – Lepiej jedz, zaraz wystygnie.
Dziewczyna zerknęła na talerz z zupą.
– Która godzina? – zapytała nagle.
– Niedawno minęło południe – odrzekła kobieta, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. – Nie chciałam cię budzić, słyszałam, że wróciłaś późno w nocy.
Elyana zerwała się z łóżka, mamrocząc pod nosem przekleństwo. Nie zwracając zbytniej uwagi na obecność Chelli w pokoju oraz jej narastające zdumienie, w pośpiechu zaczęła się ubierać.
– Dokąd znowu lecisz? – Kobieta westchnęła ciężko, biorąc tacę z zupą.
– Mam kilka spraw do załatwienia – rzuciła księżniczka i złapała kawałek chleba, który Chella przyniosła jej do obiadu. – Dzisiaj też raczej wrócę późno. – Nie czekając na jej reakcję, wybiegła z pokoju.
***
Gdy księżniczka znalazła się na zewnątrz, uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy dalej nie wie, do kogo powinna udać się ze zdobytymi informacjami. Nie chciała iść z tym do Nathana, nie miała też pojęcia, gdzie mogłaby znaleźć Tony’ego. Z ciężkim westchnieniem skierowała się w stronę włazu kanalizacyjnego, by dotrzeć do kryjówki złodziei i porozmawiać z Vico.
Jednak ani oczekujące ją spotkanie, ani miniony wieczór nie były w stanie przyćmić jej dobrego nastroju, wywołanego osiągniętym sukcesem. Nie dość, że zdobyła informacje, na których jej zależało, to jeszcze zrobiła to samodzielnie, bez niczyjej pomocy.
Szła raźnym krokiem, nucąc sobie coś pod nosem i wsłuchując się w miejski gwar, co jakiś czas przerywany radosnymi piskami bawiących się nieopodal dzieci. Gdy Elyana wyszła zza rogu i zobaczyła źródło tej radości, aż przystanęła ze zdumienia.
Czterech chłopców kopało piłkę, ale nie to było najdziwniejsze; do gry przyłączyło się dwóch Dhornijczyków, na oko niewiele starszych od niej. Z głośnym śmiechem biegali z dziećmi wzdłuż ulicy i ciągle pozwalali się im ogrywać.
Księżniczka ruszyła dalej, czując coś, co z braku lepszego określenia nazwałaby ukłuciem zazdrości. Nie pamiętała, kiedy i czy w ogóle miała okazję do tak beztroskiego spędzania czasu. Na pewno nie po trafieniu pod skrzydła Nathana; na zamku z kolei miała sporo obowiązków. Możliwe, że taka sytuacja miała miejsce we wczesnym dzieciństwie, ale nie była tego całkowicie pewna.
Gdy weszła do kanałów, upewniwszy się najpierw, że nikt jej nie obserwuje, odór tam panujący, spotęgowany jeszcze ciepłym powietrzem, zaparł jej dech w piersiach. Ucieszyła się, że swój posiłek ograniczyła jedynie do kawałka suchego chleba; gdyby zjadła jeszcze zupę, z pewnością nie dałaby rady zapanować nad żołądkiem.
Całą drogę przebyła biegiem bez mała na jednym oddechu, i gdy tylko weszła do kryjówki, z ulgą zaczerpnęła powietrza. Co prawda również i ono nie należało do najświeższych, ale w porównaniu z tym, co zostawiła za sobą, przypominało jej aromat kwiatów.
Na samym wejściu zwróciła uwagę na Tarleth. Była blada, a pod oczami miała wyraźnie odznaczające się sińce. Uśmiechała się jednak wesoło, gawędząc z jednym ze złodziei, którego imienia księżniczka nie znała. Pomachała jej na przywitanie, nie chcąc przerywać im rozmowy, po czym podeszła do Vico, który siedział samotnie przy stole i z ponurą miną przeżuwał kawałek ciemnego chleba z serem. Jego prawa ręka, od przedramienia aż do barku, była owinięta grubą warstwą bandażu, ale mimo to wykwitały na nim czerwone plamy krwi.
– Co ci się stało? – zapytała, nim zdążyła się dobrze zastanowić nad tym, co robi.
– Nie twój interes – warknął w odpowiedzi, patrząc na nią z niechęcią. – Czego chcesz?
– Wiem, jak nazywają się ci Dhornijczycy, którzy zabili Carona – powiedziała, siadając po przeciwnej stronie stołu. – Wiem też, gdzie znaleźć jednego z nich.
– Niby skąd? – prychnął z niedowierzaniem.
– Nie twój interes – odrzekła z przekąsem; wystarczyło jednak tylko jedno jego spojrzenie, by dodała: – Od jednego z żołnierzy.
– Świetnie. Rozumiem, że możemy w każdej chwili spodziewać się nalotu dhornijskich psów? – Vico zgarnął ze stołu okruszki, tak że posypały się na podłogę, i nalał sobie pełną szklankę wina; Elyana czuła jego cierpki zapach nawet ze swojego miejsca.
– Nie śledził mnie – burknęła. Z każdą chwilą żałowała coraz bardziej, że do niego przyszła.
– No tak, zapomniałem, że ty zabijasz ludzi, którzy mogą się jeszcze do czegoś przydać. – Mężczyzna parsknął krótkim śmiechem.
– Nie zabiłam go! – krzyknęła, zrywając się z krzesła. Dłonie oparła o stół i nachyliła się w stronę Vico. – Nie zabiłam go, nie powiedziałam mu niczego, co mogłoby mu pomóc nas znaleźć, a w razie czego będzie można czegoś się od niego dowiedzieć.
– Aha. Czyli dałaś mu dupy – stwierdził ze spokojem i opróżnił szklankę trzema łykami.
Księżniczka nie odpowiedziała. Wiedziała, że zmieniające się na jej twarzy kolory zdradzają wszystko. W milczeniu przyglądała się, jak Vico niespiesznie wstaje od stołu, wchodzi do osobnego pomieszczenia, służącego za sypialnię, i po chwili wraca stamtąd z bronią.
– No co tak stoisz? Zbieraj się, idziemy.
– Dokąd? – zapytała, ruszając za nim.
– Do Tony’ego. Chyba cieszy się jeszcze bardziej ode mnie, że zgodził się zająć tym gównem. – Mężczyzna skrzywił się, gdy znaleźli się w kanałach. – O kurwa, ale smród.
– Nawet mi nie mów – wymamrotała, skupiając się na tym, by w miarę możliwości nie oddychać przez nos.
– Lepiej powiedz, czego konkretnie dowiedziałaś się od tego żołnierza.
Elyana przekazała mu wszystkie najistotniejsze informacje dotyczące tego, jak nazywają się dwaj Dhornijczycy, gdzie można ich znaleźć oraz czym się zajmują.
– Dobra robota – stwierdził Vico z czymś, co przy ogromnej ilości dobrej woli można by nazwać uznaniem. – Ale lepiej nie chwal się tym naokoło.
– Nie wiemy tylko, gdzie mieszka ten drugi – westchnęła ciężko, zapominając o swoim postanowieniu nieoddychania przez nos. Szybko przełknęła ślinę.
– Tym się nie martw. Jego kolega nam powie – rzekł pogodnie. – O, dobra, tutaj wychodzimy.
Mężczyzna wspiął się po metalowej drabinie, po czym podał rękę Elyanie, by pomóc jej wyjść. Księżniczka odetchnęła z ulgą, po czym zasłoniła usta dłonią, by powstrzymać falę torsji. W powietrzu dominował przenikliwy zapach gnijących ryb, spotęgowany dodatkowo ciepłem; dziewczyna przez chwilę zastanawiała się, czy nie lepiej wrócić do kanałów.
– Zapomniałem ci powiedzieć, że Tony mieszka w porcie. – Vico uśmiechnął się niewinnie, ale kąciki ust drgały mu, jakby z całych sił powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem.
– On mieszka tutaj? – zapytała słabo.
– Dwie ulice stąd. Jego ojciec wybudował się tu, gdy port kończył się tam. – Mężczyzna wskazał ręką w głąb miasta, gdzie stara część doków, składająca się obecnie głównie ze zbutwiałego, poczerniałego drewna, odcinała się wyraźnie od tej nowszej, gdzie cumowały statki i łodzie rybackie. – Ale dzięki temu kręci się tu mało osób, więc Tony’emu ten smród niespecjalnie przeszkadza.
Księżniczka nie słuchała go jednak; szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w puste miejsce w środkowej części portu, zamieszkiwanej przez zwykłych mieszkańców. Można było tam dostrzec unoszące się niewielkie kłęby dymu. Dziewczyna znała je bardzo dobrze; jeszcze jakiś czas temu stała tam wieża czarodzieja, do której udała się razem z Caronem.
– Co… co tam się stało? – wyjąkała w końcu, nie mogąc oderwać wzroku od zgliszczy.
– Jak to co? – zapytał Vico, gdy zobaczył, na co patrzy księżniczka. – Nie udawaj głupszej, niż jesteś, ptaszyno, nie kręci mnie to.
– Nie udaję – odrzekła, ignorując jego przytyk.
Mężczyzna parsknął śmiechem i spojrzał na nią z politowaniem.
– Alfons nie pierdoli się z uczeniem małych, głupiutkich dziewczynek – powiedział w końcu. – Dostałaś konkretne zadanie do zrobienia, którego, o dziwo, nie spieprzyłaś. Podmieniłaś zegarek na taki, który miał wybuchnąć, gdy znajdzie się przy nim czarodziej, i tyle. A teraz lepiej chodź. – Vico złapał ją za ramię i pociągnął w przeciwną stronę.
– Gdybym wiedziała, że ktoś przez to zginie…
– To co? – prychnął mężczyzna lekceważąco. – Z tego, co wiem, to sama zabiłaś co najmniej dwie osoby, i to bez żadnego dobrego powodu.
– Miałam powód! – krzyknęła, wyszarpując się z jego uścisku.
– Tak? No to w takim razie jeśli bezdomny żebrak zasługiwał na śmierć, to ten czarodziej tym bardziej. – Vico szedł szybkim krokiem, nie patrząc na to, czy dziewczyna może za nim nadążyć.
– Znalazł się obrońca pokrzywdzonych – wyszeptała Elyana, przełykając łzy, gdy przypomniała sobie całe to upokarzające zajście oraz to, jak ona sama została potraktowana przez Vico.
Mężczyzna zatrzymał się gwałtownie i spojrzał jej prosto w oczy; ku jej zdumieniu nie był to nieprzyjazny wzrok, ale nie miała pojęcia, jak mogłaby nazwać obecne w nim emocje. Wystraszyło to ją jeszcze bardziej, niż gdyby dostrzegła w nich zwykłą wściekłość.
– Jeśli tak bardzo ci zależy, to zapytaj Alfonsa, jaki to był skurwiel. Ale posłuchaj chociaż raz mnie: nie myśl za dużo w tej robocie. Nie myśl, bo zwariujesz. I pamiętaj, że mimo wszystko to my jesteśmy ci dobrzy.
Gdzieś na końcu języka miała odpowiedź, co myśli o uważaniu Vico za „tego dobrego”, ale nie odezwała się; ograniczyła się do skinienia głową. To go najwyraźniej trochę uspokoiło; wolniejszym już krokiem ruszył dalej, by po niedługiej chwili zatrzymać się przed sporych rozmiarów dwupiętrowym domem, zbudowanym z szarej cegły.

– Nie stój tak. Im szybciej to załatwimy, tym lepiej. – Mężczyzna podszedł do drzwi i zastukał w nie metalową kołatką. Wymienił kilka słów z odźwiernym, których Elyana nie usłyszała, po czym oboje weszli do środka.