poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział 1

To opowiadanie (a w zasadzie fanfik) został napisany na podstawie modułu „A Dance with Rogues”, stworzonego przez Valine, do gry Neverwinter Nights i nie jest ono przeznaczone dla osób niepełnoletnich.
Za wszelkie uwagi, dotyczące zarówno historii, jak i samej strony technicznej tekstu, będę wdzięczna.

***

W Betancurii, jak zwykle o tej porze roku, padał deszcz. Niebo od kilku tygodni zasnute było chmurami; czasami ciemnymi zwałami, z których lało jak z cebra, a czasami szaro-stalowym kotłowiskiem, które wisiało wysoko w powietrzu i z którego jednostajnie siąpił zimny deszcz, bezlitośnie przebijający się przez wszystkie warstwy ubrań, które zakładali na siebie mieszkańcy miasta.
Byli oni oczywiście przyzwyczajeni do takiej pogody, tak samo zresztą, jak sama stolica królestwa. Głębokie rynsztoki i liczne studzienki kanalizacyjne odprowadzały wodę z ulic prosto do rzeki, nad którą założono miasto. Budynki specjalnie umieszczono na tyle wysoko, żeby przybierająca w czasie deszczów woda nie powodowała co roku powodzi.
Tak, jeśli chodziło o zabezpieczenie miasta przed groźnym żywiołem, wszystko od wielu lat działało bez najmniejszego zarzutu. Sytuacja była jednak o wiele gorsza, jeśli chodziło o sprawy dyplomatyczno-militarne. Wystarczyło kilka nierozważnych słów i nieprzemyślanych działać i w ciągu dwóch miesięcy dhornijska armia stanęła u bram Betancurii.
Mieszkańcy dzielnie bronili swojego miasta, walcząc zażarcie o każdą ulicę, Dhornijczyków było jednak o wiele więcej, a ich przeszkolenie wojskowe, zorganizowanie i determinacja mimowolnie budziły podziw. Stolica poddała się po czterech dniach, a jej obywatele odczuwali ponurą satysfakcję, widząc, że z powodu deszczu wróg nie może podpalić zbyt wielu budynków, za wyjątkiem drewnianych szop, a i one tliły się powoli, wypuszczając potężne kłęby dymu.
Po kolejnych trzech dniach, gdy Dhornijczycy zajęli najważniejsze budynki administracyjne, a także zamknęli domy publiczne i większość tawern, ostatnim niezdobytym miejscem był zamek rodziny królewskiej.
***
Król odszedł od okna, umieszczonego nad głównym wejściem do zamku. Przez ostatnie kilka dni spędzał przy nim więcej czasu niż we własnych komnatach, stąd jednak miał najlepszy widok na całe miasto, teraz niemal wręcz zalane czerwono-srebrną zarazą, jak w myślach nazywał Dhornijczyków. Gdzieś z tyłu głowy ciągle tkwił drobny promyk nadziei, że miasto można jeszcze uratować i wyprzeć wrogą armię przynajmniej poza jego bramy. Przecież musiał, musiał być jakiś sposób, żeby to wszystko ocalić.
– Wezwij generała Galleya do Sali Tronowej – rzucił krótko król do przechodzącego służącego. Ten bez słowa ukłonił się i zawrócił w stronę schodów, którymi przyszedł.
Aurelius De’Linn ucieszył się na tę drobną oznakę normalności. Choć sam nie dopuszczał do siebie tej myśli, bał się, że niebezpieczeństwo, w jakim się znaleźli, może wywołać jakieś niepokoje czy nawet panikę wśród służby; taka sytuacja nie byłaby przecież niczym niezwykłym, choć król oczywiście wolałby , żeby służba broniła rodziny królewskiej, a nie chowała się gdzieś po kątach.
Mężczyzna prychnął nagle, poirytowany. Jego poddani powinni być dumni, że mogą oddać za niego życie, a nie wzywać go do poddania miasta. Tak, słyszał podobne okrzyki podczas wieczorów spędzanych przy oknie. Nie trwało to oczywiście długo, gdyż Dhornijczycy szybko i bezlitośnie rozprawiali się z osobami, które naruszały porządek, nawet jeśli takie zachowanie było im na rękę, jak w przypadku nawoływań do abdykacji.
Król wrócił do Sali Tronowej, gdzie miał za chwilę spotkać się z generałem, i opadł na tron, pogrążony w tych ponurych rozmyślaniach. Tak, mieszkańcy Betancurii, jego poddani, chcieli żeby zrezygnował z korony i poddał miasto przeciwnikowi, zamiast walczyć z najeźdźcą.
– Niedoczekanie! – warknął, zrywając się i niemal automatycznie podchodząc do okna. To wychodziło jednak na park, i choć widać było przez nie większą część miasta, to dla króla było to w tym momencie za mało. Poirytowany zaczął przechadzać się po sali, z niecierpliwością czekając na generała.
– Wzywałeś mnie, Wasza Wysokość. – Generał Galley wszedł do Sali tronowej akurat wtedy, gdy król znów dotarł do okna i był zwrócony plecami do drzwi. Władca niemal do niego podbiegł, choć i tak poczuł się trochę pewniej. Obecność generała Galleya zawsze wpływała na niego uspokajająco, chociaż żołnierz był niewiele starszy od niego.
– Galley. – Aurelius przywitał się krótko i usiadł na tronie. – Jak dokładnie wygląda sytuacja?
Generał spojrzał na króla z zaskoczeniem. Przecież dobrze wiedział, co dzieje się w mieście! Ukłonił się jednak tylko ponownie i odpowiedział:
– Wasza Wysokość, wróg zajął północną i zachodnią dzielnicę miasta. Na południu bronimy się jeszcze, choć to tylko kwestia czasu.
– Jakie są szanse na odbicie miasta? – zapytał Aurelius, wstając i ponownie przechadzając się po sali. Z jego twarzy nie można było odczytać żadnych emocji; w tej chwili wyglądał, jakby przybrał kamienną maskę.
Generał Galley znów spojrzał na króla z zaskoczeniem. Owszem, wiedział, że Aurelius De’Linn nie należy do geniuszy militarnych, a swoje sukcesy na tym polu zawdzięcza wybitnym strategom i dowódcom, a nie własnym umiejętnościom, ale nie spodziewał się, że jest aż tak źle.
– Wasza Wysokość – zaczął ostrożnie, nie kłaniając się jednak tym razem; król i tak nie zauważyłby tego, gdyż znowu stał przy oknie. – Obawiam się, że szanse są naprawdę… niewielkie.
– Niewielkie? – powtórzył ostro Aurelius, nie odwracając się od okna.
– Miasto jest stracone, Wasza Wysokość – westchnął ciężko generał, uważając, że lepiej nie owijać w bawełnę. Poczuł nagły przypływ wściekłości na króla; to była jego wina, że Dhornijczycy zaatakowali.
Tak, generał Galley, jak i większość poddanych, dobrze wiedział, że cesarz Dhornu zdecydował się na zaatakowanie Betancurii w ramach obrony przed agresywnym sąsiadem. Galley ich nie obwiniał – w końcu najlepszą obroną jest atak, a Dhornijczycy nie mieli żadnej gwarancji, że nie staną się następnym celem króla De’Linn. Wybrali więc najlepszy moment na atak: wkrótce po tym, jak granice Betancurii powiększyły się o kolejne królestwo, leżące na zachodzie, a armia nie uzupełniła jeszcze strat po tej kampanii, od północy nastąpił atak sojuszniczych do tej pory wojsk Dhornu. Król wzywał do walki wszystkich, zarówno żołnierzy, jak i cywili, jednak osłabione królestwo nie było w stanie bronić się przed dobrze zorganizowanym wrogiem.
Te rozmyślania zostały gwałtownie przerwane, gdy generał Galley spojrzał na króla, który odwrócił się od okna. Maska w końcu spadła z jego twarzy, odsłaniając oblicze człowieka, który wyglądał, jakby nagle postarzał się o co najmniej dziesięć lat.
– Przykro mi, Wasza Wysokość – mruknął jeszcze nieporadnie żołnierz, kłaniając się nisko.
– Mnie również – westchnął Aurelius, opadając ciężko i niezgrabnie na tron. – Jesteś wolny. Brońcie zamku tak długo, jak tylko dacie radę. I jeszcze jedno – dodał, gdy generał był już przy drzwiach. – Poślij służącego po moją córkę i żonę. Muszę z nimi… porozmawiać – zakończył tonem, jakby chciał powiedzieć coś innego, ale w ostatnim momencie zmienił zdanie.
Gdy Galley wyszedł, Aurelius ukrył twarz w dłoniach, czując się nagle bardzo staro. Miasto jest stracone, powtórzył słowa generała, próbując oswoić się z tą myślą.
Miasto jest stracone.
Miasto jest stracone.
Miasto jest stracone.
Stracone.
– Wzywałeś mnie, ojcze? – Głos jego córki dobiegł do niego jak przez mgłę. Król powoli uniósł głowę i spojrzał na stojącą przed nim dziewczynę. Pomimo tego, że pytanie było zadane grzecznie, jej naburmuszona mina wskazywała, że nie jest zadowolona z tego, że musiała tu przyjść.
– W czym ci przerwałem? – zapytał Aurelius, uśmiechając się mimowolnie. Choć jego córka Elyana, mimo siedemnastu lat, uważała się za dorosłą, to w takich chwilach było jej bliżej do dziecka niż w jakichkolwiek innych momentach.
–W czytaniu – odpowiedziała krótko księżniczka, nie próbując nawet zaprzeczyć.
– Mam nadzieję, że jakoś mi to wybaczysz. – Król uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym wstał, podszedł do córki i pogłaskał ją delikatnie po policzku. – Teraz jednak proszę cię, żebyś nie wychodziła ze swojego pokoju, a także pod żadnym pozorem nie wpuszczała nikogo, kogo nie znasz, rozumiesz?
– Coś nam grozi, ojcze? – zapytała Elyana, marszcząc czoło. Wiedziała oczywiście, że miasto jest oblężone, ale nie przypuszczała, że niebezpieczeństwo dosięgnie jej domu. To było zbyt nierzeczywiste, żeby mogło być prawdziwe.
– Oczywiście, że nie, kochanie – uśmiechnął się uspokajająco, w duchu nienawidząc siebie za to kłamstwo. Chciał chronić córkę przed wszelkim niebezpieczeństwem, a w tej chwili absolutnie nie był w stanie tego zrobić. Widział jednak, że słowa prawdy w żadnym wypadku nie przejdą mu przez gardło.
Bo niby co miał jej powiedzieć? Kochanie, bardzo mi przykro, ale najpóźniej za kilka dni będziesz martwa, a twoją głowę zatkną przed murami zamku. A teraz idź do siebie i czekaj na nieuniknione. Nie, tego nie mógł powiedzieć.
Lepiej, żeby wiedziała – cichy głos rozsądku, przypominający głos matki i żony jednocześnie, rozbrzmiał z tyłu jego głowy. Ty też chciałeś wiedzieć, że miasto upadnie.
– Coś jeszcze, ojcze? – Słowa córki ponownie wyrwały go z jego rozmyślań.
– Nie – odpowiedział Aurelius, odsuwając się od niej i znowu siadając na tronie. – Idź do siebie i zrób to, o co cię proszę.
Księżniczka dygnęła grzecznie w odpowiedzi i wyszła z Sali Tronowej, zgrabnie zbierając fałdy sukni, żeby nie przeszkadzały jej w chodzeniu.
Elyana przeczuwała, że dzieje się coś bardzo złego, ale nikt nie chce jej powiedzieć, o co tak naprawdę chodzi. Ufała jednak ojcu bezgranicznie i skoro mówił, że nic jej nie grozi, to tak właśnie musiało być.
Nim dziewczyna wróciła do swoich komnat, jej myśli krążyły już tylko wokół książki, którą zaraz miała czytać.
***
Dhornijczycy wdarli się do zamku po trzech dniach oblężenia. Pierwszym zdobytym miejscem były kuchnie i sąsiadujące z nią pomieszczenia dla służby. Żołnierze byli bezlitośni i zabili każdego, kto akurat miał nieszczęście być tam w tym czasie. Później było im jednak o wiele trudniej – Gwardia Królewska zorganizowała się i zaczęła walczyć z najeźdźcą, broniąc każdego metra korytarza i każdej najmniejszej komnaty.
Król Aurelius oraz jego żona, Maria Cassandra, byli razem w Sali Tronowej, gdy Dhornijczycy przystąpili do szturmu. Po krótkim raporcie, złożonym przez generała Galleya, oraz jego radzie, żeby rodzina królewska w miarę możliwości jak najszybciej opuściła zamek, żołnierz wybiegł, żeby dowodzić rozpaczliwą obroną. Król i królowa zostali sami.
– I co teraz? – zapytała kobieta, patrząc na męża z taką wściekłością, że ten niemal skulił się na swoim tronie. – Ostrzegałam cię, żebyś się trochę pohamował, ale ty oczywiście wiedziałeś lepiej!
– Skończ już – warknął Aurelius, wściekły z powodu własnej bezradności. – Chyba nie oczekujesz ode mnie, że ucieknę z podkulonym ogonem?
– Tego właśnie od ciebie oczekuję! Masz żonę i córkę, które powinieneś chronić, a nie ciągle bawić się w wojny!
– Kobieto, nie wiesz, o co chodzi w polityce, więc się nie wtrącaj – król, poirytowany, sięgnął po miecz, przypięty do pasa. Nie był to praktyczny miecz – bogato zdobiona rękojeść znacząco utrudniała jego prawidłowe i wygodne trzymanie. Dla rozgrzewki król kilkukrotnie machnął ostrzem i z zadowoleniem schował je do pochwy.
– Ty najwyraźniej też nie – królowa westchnęła ciężko i wyszła z Sali Tronowej, kierując się do swoich komnat. Krzyki walczących docierały z coraz bliższej odległości, niosąc się echem wśród kamiennych murów zamku.
Królowa weszła do swojej ulubionej komnaty i usiadła w fotelu, stojącym przy oknie. Teraz niewiele już było przez nie widać; był późny wieczór, a niebo jak zwykle było zasnute gęstymi chmurami. Przed bramami zamku widać było biegających Dhornijczyków, poza tym jednak w mieście panował niezwykły wręcz spokój.
Z korytarza dobiegł krzyk, o wiele głośniejszy niż wcześniej. Maria Cassandra wstała z fotela, traktując ten krzyk jako swojego rodzaju znak do działania i podeszła do sekretarzyka, stojącego przy łóżku. Otworzyła pierwszą szufladę, w której trzymała różne drobiazgi, mające znaczenie raczej sentymentalne niż praktyczne. Uśmiechnęła się smutno na widok swoich pierwszych wstążek do włosów, ulubionego wisiorka, zasuszonego kwiatka, który był pierwszym, jaki dostała od mężczyzny. Szukała jednak czegoś innego.
Po kilku chwilach jej palce natknęły się na podłużną szkatułkę, leżącą na samym dnie szuflady. Wyciągnęła ją i, nieco drżącymi dłońmi, otworzyła.
W blasku świec zalśniło długie i cienkie ostrze sztyletu. Miał on równie niepraktyczny charakter, co miecz króla Aureliusa, i bliżej mu było do wielobarwnej błyskotki niż do czegokolwiek innego, ale Maria Cassandra wiedziała, że w razie potrzeby potrafi zrobić krzywdę.
Taki też był zresztą jej zamiar.
Królowa uklęknęła przy łóżku, opierając się o nie plecami, po czym chwyciła rękojeść sztyletu dwiema dłońmi i krytycznie przyjrzała się ostrzu, jakby oceniając, czy na pewno będzie w stanie spisać się tak, jak przystało na prawdziwą broń; cały czas ten sztylet kojarzył się jej z piękną, ale bezużyteczną zabawką.
Maria Cassandra pomyślała o swojej córce i to sprawiło, że niemal nie rzuciła ostrza daleko od siebie i nie pobiegła do komnat księżniczki. Oczywiście ostrzegła ją, czym najpewniej skończy się dla nich oblężenie, czym wywołała gniew u swojego męża, gdyż ten cały czas uważał, że lepiej o niczym jej nie mówić. Elyana zdawała się jednak nie brać tego za bardzo do siebie. Wzruszyła tylko beztrosko ramionami i stwierdziła, że skoro ojciec mówi, że nic im nie grozi, to tak właśnie jest, i nie ma powodów do paniki. Po kilku nieudanych próbach królowa poddała się i rozkazała służącej księżniczki, Shirze, by dopilnowała, żeby księżniczka pod żadnym pozorem nie opuszczała swoich komnat, a także żeby Shira dotrzymywała jej stale towarzystwa.
Królowa potrząsnęła lekko głową, powstrzymując się od myśli o córce, po czym mocno chwyciła rękojeść sztyletu, ponowne dwiema dłońmi, by choć trochę opanować ich drżenie, i zdecydowanym ruchem wbiła sobie ostrze prosto w pierś.
Kobieta poczuła ciepło, rozlewające się po całym jej ciele. Z lekkim zdziwieniem spojrzała jeszcze na swoje ręce; na wewnętrznej stronie obu dłoni widniały dwie głębokie szramy, gdy ręce ześlizgnęły się z rękojeści i przytrzymywały przez chwilę ostrze broni.
Po tych kilku sekundach królowa osunęła się na ziemię, martwa, ze sztyletem wystającym z piersi.
***
Aurelius De’Linn, zamknięty w Sali Tronowej razem z kilkoma innymi żołnierzami Gwardii Królewskiej, przechadzał się nerwowo po komnacie, zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Przed kilkoma chwilami generał Galley przekazał mu informację o samobójczej śmierci królowej. Już sam sposób obwieszczenia mu tej ponurej wiadomości wywołał gniew u króla, choć zdawał sobie sprawę, że okoliczności oczywiście usprawiedliwiają takie, a nie inne zachowanie.
Generał Galley wpadł gwałtownie do Sali Tronowej; z rozciętą brwią i siwymi włosami, zlepionymi krwią w brunatno-czerwone strąki, wyglądał po prostu strasznie. Nie przejmując się dworskimi ceremoniałami, rzucił tylko „Królowa się zabiła!” i wybiegł, żeby dalej dowodzić beznadziejną obroną straconego już zamku.
Król stał przez chwilę osłupiały, wpatrując się w miejsce, gdzie przed sekundą jeszcze był jego generał. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, co właściwie usłyszał, i zaczął przechadzać się po komnacie. Żołnierze, którzy byli razem z nim, opuszczali wzrok i wpatrywali się w ziemię, gdy tylko poczuli na sobie spojrzenie władcy.
W komnacie panowała cisza, jeśli nie liczyć ciężkich kroków króla oraz ciągłych odgłosów walk, toczących się na zamkowych korytarzach. Wkrótce jednak cisza ta została przerwana gwałtownym biegiem co najmniej kilku osób; z pewnością kierowały się one do Sali Tronowej.
Aurelius stanął na środku komnaty, wyciągając przed siebie miecz; natychmiast zebrali się wokół niego żołnierze, którzy byli razem z nim, i w pełnym napięcia milczeniu wpatrywali się w drzwi.
Po kilku sekundach, które wydawały się im wiecznością, do Sali Tronowej wpadło czterech mężczyzn. Król nie mógł się powstrzymać od westchnienia ulgi, gdy zobaczył, że mężczyźni noszą mundury Gwardii Królewskiej, i gdy po chwili rozpoznał innego ze swoich generałów, generała Reyera.
– Wasza Wysokość… Galley nie żyje… - wysapał mężczyzna, próbując złapać oddech. Widać było, że jest wyczerpany. – Dhornijczycy… wdarli się… na to piętro. Zamek… jest stracony.
Aurelius westchnął ciężko, pocierając dłonią twarz. Wiedział, że czasu do działania pozostało niezwykle mało; Dhornijczycy w każdej chwili mogli dostać się do tej komnaty.
– Reyer – rzucił nagle król ostrym głosem, czując powoli narastające podniecenie zbliżającą się nieuchronnie walką. – Weź trzech ludzi, idźcie do mojej córki i wyprowadźcie ją z zamku. Włos nie może spaść jej z głowy.
Generał Reyer skinął głową i bez słowa przywołał do siebie trzech żołnierzy, którzy przyszli razem z nim, po czym biegiem opuścili komnatę.
Po ich wyjściu zapadła cisza, i znowu została przerwana przez stukot butów zbliżających się ludzi. Tym razem było ich jednak o wiele więcej; król przekonał się o tym osobiście, gdy do Sali Tronowej wpadło kilkunastu Dhornijczyków.
Aurelius splunął tylko na ich widok i poprawił uchwyt na rękojeści miecza. Zamierzał zginąć, walcząc do ostatniej kropli krwi.
***
Elyana krążyła ze zniecierpliwieniem po swojej niewielkiej komnacie, czując się jak więzień bardziej niż kiedykolwiek w swoim życiu. Od trzech dni, kiedy ostatni raz odwiedziła ją matka, a ojciec kazał jej tu siedzieć, nie mogła wyjść z pokoju, a w dodatku była skazana na ciągłą obecność swojej służącej, Shiry.
Księżniczka lubiła tę dziewczynę; była miła i pomocna, a dzięki temu, że obie były niemal w tym samym wieku, zawsze miały o czym rozmawiać. Shira miała jednak dość denerwujący zwyczaj ciągłego wpadania w panikę, co doprowadzało Elyanę do białej gorączki, gdyż nie znosiła osób, które płakały z byle powodu.
Jak można było się spodziewać, podczas oblężenia Shira wybuchała płaczem co najmniej dwa razy dziennie. Początkowo Elyana próbowała wykazać się wyrozumiałością i „kobiecą delikatnością”, cechami prawdziwej księżniczki i przyszłej królowej, jak często powtarzała jej matka, jednak po kilku podejściach wytłumaczenia jej, że nic im nie grozi, i że to nie jest jej wymysł, tylko słowa króla, i że zamek jest chroniony przez najlepszych żołnierzy, Elyana poddała się i zdecydowała się, że będzie przeczekiwać te ataki paniki.
Ona sama oczywiście również obawiała się całej tej sytuacji. Póki Dhornijczycy byli zajęci podbijaniem miasta, Elyana pocieszała się myślą, że zamek Betancurii nie został zdobyty w przeciągu ostatnich trzystu lat. Gdy więc wróg wdarł się do wnętrza, czuła, że sytuacja wcale nie jest tak dobra, jak sama próbowała sobie to wmówić, i jak przekonywał ją o tym ojciec. Paradoksalnie uspokoiła ją dopiero wizyta matki, podczas której królowa powiedziała jej, że zamek upadnie, a cała rodzina królewska zostanie zamordowana. Elyana, chcąc uspokoić matkę, powtórzyła jej słowa ojca; królowa nie wyglądała na przekonaną. Przytuliła tylko mocno córkę i wyszła. W tej samej chwili księżniczka obiecała sobie, że skoro ma zginąć, to zrobi to z godnością i honorem; z pewnością nie będzie błagała wroga o litość.
Czasami nawet wyobrażała sobie, jak do jej komnat wpada kilku Dhornijczyków, jak zaciągają ją przed oblicze generała wrogiej armii i informują go, kim ona jest. Ten bez słowa przygląda się jej przez kilka chwil, po czym przebija ją mieczem, a ona bez słowa, bez płaczu, z dumnie uniesioną głową, osuwa się na podłogę.
Z tych rozmyślań wyrwał ją cichy szloch Shiry. Elyana przewróciła oczami i usiadła na kanapie obok dziewczyny, obejmując ją troskliwie ramieniem, nie odzywała się jednak.
– Oni nas zabiją – załkała Shira, spoglądając na księżniczkę zaczerwienionymi od płaczu oczami. Elyana ostatkiem sił powstrzymała się, żeby nie przytaknąć. Gdy ostatnio tak zrobiła, przez kolejną godzinę musiała ją uspokajać, gdyż Shira zaczęła płakać tak rozpaczliwie, że naprawdę zrobiło się księżniczce jej żal.
– Najpierw będą musieli nas dostać – powiedziała Elyana, głaszcząc ją po głowie. – Możemy zabarykadować drzwi! – Zerwała się, chcąc zmusić Shirę do jakiegokolwiek działania i oderwać ją od tych ponurych rozmyślań.
Nagle za drzwiami rozległ się donośny rumor i jeszcze głośniejsze przekleństwa. Elyana spojrzała na służącą, która wpatrywała się w drzwi szeroko otwartymi oczami.
Po chwili drzwi otwarły się, a do niewielkiej komnaty wpadło czterech mężczyzn. Shira pisnęła ze strachu, natomiast Elyana westchnęła z ulgą; żołnierze nosili mundury Gwardii Królewskiej.
– Księżniczko. – Mężczyzna stojący na czele ukłonił się nisko. – Musimy opuścić zamek jak najszybciej. Rozkaz króla.
– Dhornijczycy zdobyli zamek? – zapytała Elyana, zakładając płaszcz i wskazując swojej służącej, by ta pomogła jej przy jego zapięciu. Generał Reyer jęknął, widząc co robi księżniczka, ale zorientował się, że ta zadała mu pytanie, więc skłonił się ponownie i odpowiedział:
– Obawiam się, że tak. Pani, pospiesz się, proszę – dodał żołnierz, gdy Elyana i Shira cały czas mocowały się z zapięciem płaszcza, które na szczęście poddało się po kilku sekundach.
Nie zwlekając już ani chwili dłużej, na przedzie ich niewielkiej grupki wyszedł generał Reyer wraz z jednym z trójki żołnierzy. Za nimi szła księżniczka, a potem pozostali dwaj członkowie Gwardii Królewskiej. Pochód zamykała Shira, raz po raz rozglądając się, z przestrachem wymalowanym na twarzy.
Szli w milczeniu szybkim tempem, kierując się do południowej części zamku, gdzie, jak Reyer dowiedział się po zdobyciu generalskiego szczebla już kilka lat temu, znajdowało się tajemne przejście, prowadzące do zamkowych piwnic. Jeżeli tylko udałoby im się tam dotrzeć, byliby uratowani.
Powietrze przeszył nagle donośny świst, a potem głuche uderzenie. Elyana rozejrzała się, przestraszona, i dostrzegła Shirę, leżącą na podłodze. Jej niewidzące już oczy wpatrywały się w ścianę, a z potylicy sterczało drzewce bełtu.
Jeden z żołnierzy popchnął księżniczkę w stronę ściany i razem z innymi pobiegł w kierunku, z którego został oddany strzał z kuszy, jednak w tym samym momencie na korytarzu pojawiło się pięciu Dhornijczyków, który bez słowa ruszyli do walki z żołnierzami ochraniającymi księżniczkę.
Elyana z niedowierzaniem i narastającym przerażeniem wpatrywała się w rzeź, mającą miejsce tuż przed jej oczami. Żołnierze Gwardii Królewskiej padali pod ciosami wroga jak muchy; najdłużej bronił się generał Reyer, ale i on nagle zamarł, gdy dhornijski miecz przebił go na wylot; zakrwawione ostrze wystawało między łopatkami żołnierza.
Dopiero ten widok przywrócił księżniczce świadomość. Dziewczyna dopadła do najbliższych drzwi, nie udało się jej jednak uciec zbyt daleko. Gdy tylko wpadła do komnaty, zderzyła się z innym Dhornijczykiem, który wykrzykiwał rozkazy, nakazujące podpalenie mebli znajdujących się w Sali Balowej, jak po chwili skojarzyła Elyana; komnata była zdewastowana niemal nie do poznania.
Żołnierz odwrócił się, żeby zobaczyć, co na niego wpadło. Na widok dziewczyny uśmiechnął się szeroko. Elyana wpatrywała się w niego przerażona, niezdolna do wypowiedzenia nawet słowa.
– To chyba ostatni na tym piętrze – powiedział jeden z żołnierzy, którzy przed chwilą walczyli z Gwardią Królewską. – Ta dziwka wygląda na szlachciankę – dodał, wskazując głową na księżniczkę.
– Tak – zgodził się pierwszy. – Zdobycie tego zamku było wręcz śmiesznie łatwe. A ci ludzie – machnął ręką w nieokreślonym kierunku, wskazując na zwłoki żołnierzy oraz służących, leżące niemal w całej komnacie – nie zasługują na to, żeby nazywać ich żołnierzami.
Elyana poczuła, że strach powoli przejmuje nad nią kontrolę. Wszyscy byli martwi, miasto upadło, a zamek był stracony – dopiero teraz dotarło to do niej z całą mocą, a uświadomienie sobie beznadziejności sprawiło, że niemal ugięły się pod nią kolana.
– Pożegnaj się z tym światem, maleńka – powiedział Dhornijczyk, wyciągając z pochwy ogromny miecz, pozbawiony jakichkolwiek zdobień. Mężczyzna ruchem głowy wskazał na księżniczkę, a żołnierz, cały czas stojący przy drzwiach, bez słowa podszedł do niej i wykręcił jej boleśnie ręce, zmuszając ją do upadnięcia na kolana.
Ból zadziałał na nią otrzeźwiająco. Zapominając o swoich wizjach i wyobrażeniach na temat własnej śmierci z rąk oprawców, Elyana zdecydowała, że nie da zabić się tak łatwo.
Z powodu długiej sukni i ciężkiego płaszcza Elyana trochę niezdarnie kopnęła trzymającego ją mężczyznę w piszczel, który nie był chroniony przez zbroję. Dziewczyna usłyszała stęknięcie bólu, po czym uścisk na jej rękach zdecydowanie zelżał. Jednym mocnym szarpnięciem uwolniła się od trzymającego ją żołnierza, a następnie rzuciła się do ucieczki, szamocząc się po drodze z zapinką płaszcza. Chciała pozbyć się go jak najszybciej, gdyż znacząco utrudniał jej ruchy i spowalniał bieg.
– Łapać ją! – dotarł do niej wściekły okrzyk Dhornijczyka, który chciał ją zabić. Pozbywszy się w końcu płaszcza, chwyciła fałdy sukni i zaczęła biec tak szybko, jak tylko była w stanie.
Dhornijczycy byli jednak wszędzie i gdy tylko ją zauważali, natychmiast przyłączali się do pościgu, nawołując przy okazji innych żołnierzy.
Po kilku minutach tej rozpaczliwej ucieczki Elyana poczuła, jak opuszczają ją resztki sił i nadziei. Jej sytuacja była naprawdę tragiczna. Pościg nie ustawał, a ona nie miała pojęcia, gdzie mogłaby się ukryć przed wrogiem, który, wydawałoby się, był wszędzie.
Elyana zwolniła, powoli godząc się ze swoją porażką. I tak udało się jej zasiać trochę zamętu w armii wroga, zmuszając ich do ścigania jej przez pół zamku.
Nagle dziewczyna zatrzymała się, rozglądając się podejrzliwie dookoła. Wydawało się jej, że coś poruszyło się za jej plecami; coś, co z pewnością nie było Dhornijczykiem. Rozejrzała się raz jeszcze, nie wiedząc, czy naprawdę coś widziała, czy to jej wzrok płata jej figle.
Kiedy już miała stwierdzić, że to było tylko przewidzenie, poczuła mocny cios w tył głowy, a potem ogarnęła ją ciemność.
***
Vico szedł zamkowym korytarzem, mrucząc pod nosem wszystkie przekleństwa, jakie tylko przychodziły mu do głowy. Ostatkiem woli powstrzymywał się, żeby nie zacząć kopać w ścianę.
Był wściekły.
Był wściekły na Dhornijczyków, którzy napadli na miasto i którzy zabili Shannę. Był wściekły na króla, który, nie przejmując się sytuacją królestwa, wplątał je w wojnę z o wiele silniejszym przeciwnikiem, skazując tym samym wszystkich mieszkańców na śmierć. Był wściekły na siebie, że nie zdążył zabić Aureliusa De’Linn przed Dhornijczykami.
Spóźnił się niewiele; gdy w końcu dotarł do Sali Tronowej, klucząc podziemnymi korytarzami i tajemnymi przejściami, o istnieniu których wiedział od swojej Shanny, pracującej w kuchni i siłą rzeczy słyszącej tym samym niemal wszystkie plotki i pogłoski o różnych tunelach i kryjówkach, król leżał martwy w otoczeniu kilku Dhornijczyków oraz członków Gwardii Królewskiej. Aurelius De’Linn nie był jednak martwy długo; krew wokół jego ciała nie zaczęła jeszcze krzepnąć. Nie miało jednak sensu sprawdzanie, czy król żyje – jego ciało pozbawione było głowy.
Vico trochę machinalnie sprawdził komnaty królowej. Znalazł ją leżącą na ziemi, ze sztyletem wbitym w pierś i krwawą plamą wokół broni. Nie było jednak widać żadnych śladów walki; domyślił się, że królowa popełniła samobójstwo. Jej głowa co prawda również była odcięta, ale z rany na szyi nie wyciekło wiele krwi, co świadczyło o tym, że zrobiono to już po śmierci kobiety.
Odgłosy bitwy ciągle jeszcze rozbrzmiewały w zamku. Vico stwierdził, że najlepiej będzie w miarę możliwości jak najszybciej opuścić zamek. Im dłużej tu przebywał, tym większe było ryzyko, że może natknąć się na Dhornijczyków.
Vico szybkim krokiem szedł w stronę tajemnego przejścia, które miało go zaprowadzić do pomieszczeń magazynowych oraz pokojów dla niższej służby. Przypuszczał, że skoro Dhornijczycy zajęli tamtą część zamku na początku, a potem sukcesywnie posuwali się do przodu, to nie zostawili tam zbyt wielu żołnierzy, w związku z czym liczył na to, że uda mu się wymknąć niezauważonym.
Nagle usłyszał czyjeś szybkie, drobne kroki, ewidentnie zbliżające się w jego stronę. Nim zdążył się właściwie zastanowić, co robi, szybko ukrył się za posągiem i czekał.
Kroki zbliżały się coraz bardziej; udało mu się usłyszeć ciężki bieg innych osób, a także częste nawoływania. Vico zmarszczył czoło; ktoś kogoś gonił, a biorąc pod uwagę, że Dhornijczycy prawie, jeśli nie już, zdobyli cały zamek, to właśnie oni musieli ścigać jakiegoś uciekiniera.
Zza rogu wypadła na korytarz drobna dziewczyna, z zaczerwienionymi od biegu policzkami. Ubrana była w ciemnoniebieską suknię, którą przytrzymywała, żeby nie przeszkadzała jej podczas biegu. Misternie ułożona fryzura bardzo ucierpiała podczas tej ucieczki; kasztanowe kosmyki opadały jej na ramiona i na oczy, przysłaniając jej pole widzenia.
Vico na chwilę wstrzymał oddech, gdy dziewczyna przeszła obok niego, co chwila zerkając za siebie. Po pierwsze, mężczyzna nie chciał oczywiście zostać zauważony. Po drugie, przez chwilę sam nie wiedział, co ma zrobić; w końcu miał przed sobą córkę Aureliusa De’Linn, w tym momencie prawowitą władczynię Betancurii.
Zaczekał, aż księżniczka przejdzie obok niego, po czym szybko wyskoczył zza posągu, przebiegł za nią kilka kroków i schował się za następną rzeźbą. Było to dobre posunięcie, gdyż dziewczyna przystanęła na chwilę i rozejrzała się, ewidentnie orientując się, że coś jest nie tak. Po chwili jednak wzruszyła ramionami, jakby stwierdzając, że coś musiało jej się przewidzieć, po czym odwróciła się, żeby iść dalej.
W tym momencie Vico wyskoczył zza posągu i uderzył ją mocno w głowę. Dziewczyna nawet nie jęknęła, tylko bezwładnie osunęła się na podłogę. Vico podniósł ją, przerzucił sobie przez ramię i, nie rozglądając się już więcej, ruszył szybko w stronę przejścia, które miało wyprowadzić go z zamku.

4 komentarze:

  1. Witam ślicznie. :)

    Jako osoba niepełnoletnia czuję się trochę zgorszona, hah. Wchodzenie na Twojego bloga mimo komunikatu to jak oglądanie filmu bądź serialu z czerwonym kółeczkiem w rogu pokroju Dextera.

    Uwielbiam deszczową pogodę. Mam wtedy wenę. O tak. Pochmurne wieczory pod kołdrą z laptopem, gorącą zieloną herbatą i słuchanie czegoś pokroju The Smiths.

    Po pierwszym akapicie czy drugim nie spodziewałam się... militarnego zagrania? Myślałam, że powieścidło pójdzie w zupełnie innym kierunku. Gry nie znam, bo nie gram, a szablon nie mówi totalnie nic (ale cudny jest, wybaczam no, klimatu nadaje ciekawego bardzo).

    Ciekawe, na czym królowi tak naprawdę najbardziej zależy...

    Widzę ogrom niełatwych nazw własnych, zwłaszcza danych personalnych. Nie mam do tego głowy, biję się w pierś. Imiona wyskakują z mojej głowy, jakby tam była trampolina. Język sobie (nawet ten w mojej głowie, tylko dla mnie) będę łamać i wytrzeszczać umysł.

    Widzę typowe królewiątko. Nie wychylać się, wysyłać poprzedników i stawiać swój tyłek na pierwszym miejscu. Ale dobrze, że nie idziesz w klimat dziecięcej baśni i nie ma przesłodzonych władców.

    Reszta komentarza jutro, będę je dodawać partyjnie, bo nadrabiam zaległości na innych blogach i rozpoczynam lekturę tych, do których mnie zawsze ciągnęło.

    Pozdrawiam. :)

    ...........
    kot-z-maslem.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz :)
      No cóż, ostrzeżenie, jak sama zauważyłaś, nie jest bez powodu, ale mam nadzieję, że mimo wszystko dalej nie będziesz czuła dyskomfortu.

      Faktycznie, przez tekst będzie przewijało się trochę bohaterów, ale mam nadzieję, że się nie pogubisz. I racja, tekst ma na celu pewnego rodzaju znormalizowanie tego trochę może romantycznego obrazu walki o dom czy królestwo, w związku z czym od czasu do czasu staram się wprowadzić jakiś element, który zrywa z tym schematem.

      Zawczasu jeszcze może zastrzegę, że tekst jest przed dość poważną korektą, więc pojawia się w nim trochę dziwnego rodzaju błędów. W wolnym czasie oczywiście to wszystko uporządkuję, ale wiesz, że pewnie to trochę zajmie. Wtedy też również mam zamiar zapoznać się z Twoim opowiadaniem, ponieważ pamiętam, że bardzo zainteresowała mnie jego fabuła, gdy czytałam ocenę Twojego bloga u nas na KKB.

      Pozdrawiam serdecznie. :)

      Usuń
    2. Oczywiście. :)

      Nasz król szybko się poddaje. Nawet jeśli chodzi o życie jego własnej córki.

      Nie mam pojęcia, jaki jest cel Dhornijczyków (?). Po prostu przejęcie władzy, podboje? Tak wszystkich powybijać... Przydałyby się takie kucharki, hah.

      Królową z jakiegoś powodu lubię chyba jeszcze mniej od króla. Ale oboje są bardzo autentyczni i... jakby to ująć... realni historycznie? Za to zaczytana księżniczka zdobyła moją sympatię.

      Ta drobna wzmianka o zasuszonym kwiacie skojarzyła mi się ze słowami Noaha Fostera ze Scream: W Średniowieczu wiedzieli, jak to robić. Mieli kosmyki włosów, a nie jakieś piksele.

      Wiara Elyany (?) w ojca kontrastuje z Królową, która by go chyba czasem najchętniej zasztyletowała. Te krzyki, Król taki trochę pantoflarz. Ale miłość to miłość. I układy, i sojusze.

      Byłam pewna, że Królowa... no zrobi całkowicie co innego. Taka waleczna kobieta zdawało się. Krzycząca na męża.

      Galley przez jego "Królowa się zabiła" zasłużył na jakiś order subtelności. Ale scena serio świetna i w fajnym, trochę groteskowym klimacie.

      Czyli z tego Aureliusa jednak nie taki tchórz. Na początku sprawiał trochę wrażenie typa, który własnej córki mógłby używać jak tarczy obronnej.

      Halo, Elyana, teraz niemal wskazane jest popaść w panikę...

      Królowa też była dziwnym typem: cześć, córko, wszyscy zginiemy. :) Ale szczerość popłaca, nie?

      Gdyby pojmali ją Dhornijczycy, wątpię, by miała takie szczęście i została tylko przeszyta mieczem. Ale co ja tam wiem o ich metodyce?

      O przewadze Dhornijczyków zadecydowała liczebność czy wyszkolenie? Chyba coś na początku o tym było...

      Dobrze, że to dopiero I rozdział i się do nikogo nie przywiązałam, więc mogą i padać jak muchy.

      Ciekawi mnie postać Vico. Na pierwszy rzut oka ma potencjał.

      Usuń
    3. Dlatego właśnie mam zamiar wprowadzić trochę poprawek do tekstu :) ale ogólnie tak, król miał być przedstawiony jako taki oderwany od rzeczywistości, za którego czarną robotę odwalają generałowie, bo gdy on sam bierze się za politykę, to wplątuje swoje królestwo w wojnę z potężnym sąsiadem.

      Z Dhornijczykami ogólnie chodzi o to, że chcieli zapanować trochę nad swoim sąsiadem z przerośniętymi ambicjami, w związku z czym zaczekali, aż Betancuria będzie po kolejnej wojnie (zwycięskiej bo zwycięskiej, ale zawsze trochę osłabiona) i zaatakowali ich właśnie w takim momencie. Jak widać - dobrze zrobili. I tak, Dhornijczycy byli dobrze wyszkoleni, ale mieli też szczęście, że ich przeciwnik był osłabiony.

      Przez takie zachowanie królowej chciałam pokazać, że się bała, miała żal o męża o to, że nie zrobił nic, by zapobiec całej sytuacji oraz że chciała tym samym przygotować córkę na najgorsze.

      Ha, groteski akurat na celu tutaj nie miałam ;) bardziej chodziło mi o to, żeby pokazać, że sytuacja jest na tyle zła, że nie ma czasu bawić się w jakieś uprzejmości, dlatego Galley zachował się tak, jak się zachował.

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń