sobota, 5 września 2015

Rozdział 2

To opowiadanie (a w zasadzie fanfik) został napisany na podstawie modułu „A Dance with Rogues”, stworzonego przez Valine, do gry Neverwinter Nights i nie jest ono przeznaczone dla osób niepełnoletnich.

***

Elyana ocknęła się, czując bolesne pulsowanie z tyłu głowy. Ostrożnie dotknęła bolącego miejsca i jęknęła cicho. Zdawało się jej jednak, że czaszka jest cała. Usiadła powoli, opierając się o skrzynie, znajdujące się za jej plecami, i rozejrzała się po pomieszczeniu.
Było dość ciemno, więc nie udało się jej zobaczyć zbyt wiele. Dostrzegła niewyraźny zarys skrzyń i domyśliła się, że musi to być jakiś magazyn lub piwnica. Nie wiedziała jednak, czy jest jeszcze na zamku czy nie. Sądząc po przytłumionych okrzykach i szczęku broni doszła do wniosku, że tak, choć nie kojarzyła takiego pomieszczenia.
Elyana zaczęła zastanawiać się, jak tu trafiła. Pamiętała, że uciekała przed Dhornijczykami i że w pewnym momencie coś poruszyło się na korytarzu. Co to jednak było?
Z głębi pomieszczenia wyszedł jakiś ciemny kształt i zatrzymał się przed nią. Dziewczyna uniosła wzrok, ale sprawiło to tylko tyle, że jej głowa znów eksplodowała bólem. Przymrużyła lekko oczy i zorientowała się, że stoi przed nią mężczyzna, ubrany w czarną lub ciemną zbroję; z powodu braku światła i niemożności skupienia wzroku przez ból głowy nie mogła tego jednoznacznie ocenić.
Mężczyzna był sporo od niej wyższy, a także o wiele mocniej zbudowany. Włosy również miał ciemne, a jego oczy błyszczały lekko w mroku pomieszczenia.
Elyana, opierając się mocno o skrzynie, podniosła się na nogi. Nie sięgała mu nawet do ramienia. Mężczyzna przyglądał się jej w milczeniu, jednak dziewczyna nie była w stanie wyczytać z jego oczu i twarzy zbyt wiele. Jedna rzecz jednak go ucieszyła: na jego zbroi nie widać było żadnych jaśniejszych elementów, które w tych ciemnościach mogłoby oznaczać, że są innego koloru niż czarnego. W głowie Elyany kołatała się tylko myśl, żeby omijać ludzi ubranych na czerwono; tak samo, jak ubierali się Dhornijczycy.
– Cóż to za śliczną ptaszynę tutaj mamy – odezwał się w końcu Vico. Jego głos w ogóle nie brzmiał przyjaźnie, a broń, którą trzymał, czyli miecz z metalu, promieniujący ciemnoczerwoną poświatą , oraz sztylet z idealnie gładkim ostrzem, sprawiła, że Elyana mimowolnie zadrżała. Zbierając w sobie resztki odwagi, które pozostały jej po tym przerażającym dniu, zapytała oskarżycielskim tonem:
– To ty mnie uderzyłeś?!
– No i proszę, nasz ptaszek potrafi nawet śpiewać – odpowiedział, ignorując jej pytanie. – Może wolałabyś trafić w ręce Dhornijczyków, co? Oni na pewno pogłaskaliby cię po główce.
– Kim ty w ogóle jesteś? – zadała kolejne pytanie, choć nie spodziewała się, że otrzyma na nie odpowiedź. Ostatkiem sił powstrzymywała się od drżenia; nie wiedziała jednak czy to że strachu, czy zimna.
– To nieistotne – odrzekł, potwierdzając jej wcześniejsze domysły, po czym zamilkł i przyglądał się jej przez chwilę, a następnie znów się odezwał. – Wiesz, w kuchni pracowała jedna taka dziewczyna, Shanna. Miała szesnaście lat i duże brązowe oczy. Chciała żebym pokazał jej morze. Ale Dhornijczycy ją zabili.
– Przykro mi – odpowiedziała Elyana, trochę automatycznie. O wiele bardziej zastanawiało ją, po co on jej to właściwie mówi, i to właśnie w tej chwili; teraz o wiele ważniejsze było jak najszybsze wydostanie się z zamku i znalezienie bezpiecznego miejsca, choć to ostatnie wydawało się dziewczynie niemal niemożliwe. Trudno jej było wyobrazić sobie, że może istnieć jakiekolwiek bezpieczne miejsce, skoro wszędzie roiło się od Dhornijczyków.
– Tak, mi też. – Ton głosu mężczyzny sugerował jednak, że w gruncie rzeczy cała sprawa niewiele go obeszła. – Chciałem się zemścić za to, że król dopuścił do tego, że miasto zostało zaatakowane, ale spóźniłem się. Król nie żyje.
– Co…? – Elyana sapnęła ze zdziwienia i niedowierzania, czując jak uginają się pod nią nogi; w ostatniej chwili oparła się ręką o jedną ze skrzyń, które stały za jej plecami. – To… To niemożliwe!
– Zasłużył na taki koniec. – Vico wzruszył ramionami z obojętnością. – Przez niego Shanna już nigdy nie zobaczy morza.
Księżniczka nie odezwała się, cały czas przetrawiając to, co przed chwilą usłyszała. Król nie żył, zamordowany przez Dhornijczyków; królową z pewnością spotkał ten sam ponury koniec, choć o to Elyana wolała nie pytać. Była pewna, że jeśli również i ten domysł zostanie potwierdzony, to załamie się do reszty.
Poza tym człowiek, który przed nią stał, ewidentnie nie miał dobrych zamiarów; w końcu sam powiedział, że przyszedł zemścić się za jakąś dziewczynę, która pracowała w kuchni, a ofiarą jego zemsty miał być król, a nie Dhronijczycy. Jeżeli ten mężczyzna dowie się, kim ona jest…
Elyana rozejrzała się ponownie po pomieszczeniu, tym razem szukając jakiejkolwiek drogi ucieczki. Jedynym wyjściem wydawała się być dziura w suficie, do której prowadziła sterta śmieci, gruzu i połamanych skrzyń. Dojście do tej góry odpadów było jednak zastawione przez stojącego przed nią mężczyznę.
– Powiedz no, czy ta ptaszyna ma jakieś imię? – zapytał, podchodząc do niej trochę bliżej. Elyana westchnęła z ulgą, gdy schował broń do pochew, przywiązanych do jego pasa. Uznała jednak, że nierozsądne będzie zdradzać swoje prawdziwe imię osobie, która chciała zabić jej ojca. Po kilku sekundach namysłu odpowiedziała:
– Jestem Shira. Słu- Służąca. – Głos zadrżał jej nieoczekiwanie. Ze strachem spojrzała na mężczyznę, chcąc zorientować się, czy to zauważył, ale nic nie udało się jej wyczytać z jego oczu. Wpatrywały się w nią tak samo zimno jak wcześniej.
– Shira. Służąca – powtórzył jej słowa powoli, z namysłem, jakby próbował rozszyfrować ich znaczenie, po czym odwrócił się od niej gwałtownie, kierując się w stronę sterty śmieci. Elyana powoli ruszyła za nim, on jednak po kilku krokach zatrzyma się i odwrócił z powrotem w jej stronę.
– Wiesz, ptaszyno, to ponury dzień dla ciebie i mieszkańców tego miasta. Z całego zamku chyba tylko tobie udało się ujść z życiem. Tobie i może kilku innym… służącym.
On wie, przemknęło jej nagle przez myśl. Na wszystkich bogów, on wie, kim jestem. Dziewczyna tak bardzo przeraziła się tą myślą, że dopiero po chwili dotarło do niej, że mężczyzna coś powiedział.
– Co mówiłeś? – zapytała nieco nieprzytomnie, otrzeźwiała jednak szybko, gdy zobaczyła, że w jego dłoni znowu znalazł się sztylet.
– Powiedziałem, żebyś się rozebrała – warknął, chwytając ją mocno, boleśnie za ramię jedną ręką, a drugą przystawiając jej sztylet do szyi. – No już!
Elyana wstrzymała oddech, czując lodowato zimne ostrze na skórze. Bała się wykonać jakikolwiek ruch, z drugiej strony wiedziała, że jeśli zaraz nie zrobi tego, czego on od niej żąda, to pożegna się z życiem.
To poczucie bezradności, beznadziejności oraz nienawiści do stojącego przed nią mężczyzny, z której nagle zdała sobie sprawę, wywołało niewiarygodną wręcz wściekłość – zarówno na niego, jak i na siebie, że dała się tak złapać. Szarpnęła mocno ramieniem, które ten cały czas trzymał i odsunęła jednocześnie głowę, żeby nie skaleczyć się przypadkowo o ostrze przystawione do szyi.
– Nie waż się mnie tknąć! – krzyknęła, gdy napastnik, nie spodziewając się oporu z jej strony, wypuścił jej ramię. Natychmiast jednak doskoczył do niej i uderzył ją w twarz na tyle mocno, że się zatoczyła.
– Zamknij się, idiotko! Chcesz, żeby Dhornijczycy cię usłyszeli? – zapytał z wściekłością, ale nie podniósł głosu. Wykorzystując chwilę jej oszołomienia po ciosie, który jej zadał, pchnął ją na podłogę i uklęknął nad nią, ponownie przystawiając sztylet do jej szyi. Drugą ręką złapał ją za nadgarstki i przytrzymał je nad jej głową, przyciskając mocno do podłogi.
Elyana nie zamierzała poddać się tak łatwo. Spróbowała wykręcić dłonie, chcąc uwolnić je z tego mocarnego uścisku, to jednak się jej nie udało. Poczuła jak ostrze sztyletu, które cały czas znajdowało się przy jej gardle, rozcina skórę, a cienka strużka krwi zaczyna spływać w dół szyi, w stronę karku. Czując ten ostry ból dziewczyna znieruchomiała na chwilę, co też jej oprawca skwapliwie wykorzystał, rozsuwając kolanem jej nogi i podciągając sukienkę księżniczki ręką, w której trzymał sztylet. Jego ostrze zalśniło lekko w słabym świetle, które wpadało przez dziurę w suficie; na krawędzi broni widać było trochę krwi.
Elyana ponownie spróbowała wyrwać się, mężczyzna jednak niemal natychmiast ponownie uderzył ją w twarz; dziewczyna poczuła słodko-metaliczny smak krwi w ustach.
– Nie ruszaj się albo poderżnę ci gardło! – warknął, siłując się ze spodniami. Po kilku sekundach nachylił się nad nią, ponownie przystawiając sztylet do jej szyi. W ostatnim akcie obrony dziewczyna rozpaczliwie wierzgnęła kolanem, choć nie miała zbyt wiele nadziei na to, że trafi. Mężczyzna jednak stęknął głośno z bólu i chociaż ucisk na jej nadgarstkach nie zelżał ani odrobinę, a ostrze znów rozcięło jej skórę, to poczuła coś na kształt ponurej satysfakcji.
– Pieprzona dziwka! – krzyknął i ponownie uderzył ją w twarz. Głowa dziewczyny uderzyła w podłogę tym samym miejscem, w które została uderzona wcześniej. Elyana zobaczyła mroczki przed oczami i przez chwilę słyszała tylko nieznośny szum.
I po raz kolejny to ból przywrócił jej świadomość, gdy jej oprawca wszedł w nią jednym gwałtownym ruchem. Elyana poczuła cienką strużkę krwi, spływającą w dół jej uda i łaskoczącą lekko skórę, co wydało jej się trochę dziwne i nie na miejscu w porównaniu do tego całego bólu, który czuła. Nie udało się jej również powstrzymać szlochu, który już od dłużej chwili wzbierał w jej gardle.
Nagle też straciła całą wolę walki. Raz tylko spojrzała w oczy mężczyzny, który cały czas ją gwałcił. Widziała w nich okrucieństwo, nienawiść, pożądanie i niesamowity wręcz chłód. Odwróciła głowę, z całej siły próbując powstrzymać łzy, gromadzące się w kącikach oczu.
Po kilku długich chwilach mężczyzna wstał i zawiązał tasiemki przy spodniach, chowając przy okazji sztylet i nie kłopocząc się wytarciem go z krwi. Elyana uniosła się, podpierając się na dłoniach i drżącymi rękami zaczęła doprowadzać ubranie do porządku. Całe jej ciało pulsowało tępym bólem.
– No dobra – zaczął Vico, spoglądając na nią z góry. – Wiem, że to było brutalne i że twój mały móżdżek być może nigdy się z tego nie otrząśnie. Pomyśl jednak o tym w ten sposób: gdybym nie był w tamtym momencie w zamku i gdybym cię wtedy nie zabrał, najpewniej byłabyś o wiele bardziej zajęta tej nocy, o ile już nie byłabyś martwa. – Przerwał na chwilę, szukając czegoś w jednej ze skrzyń. – Wydaje mi się, że te kilka minut na podłodze to niewielka cena za twoje życie.
Elyana spojrzała na niego z nienawiścią. Nie zastanawiając się zbyt wiele nad tym, co robi, powtórzyła pewien bardzo niegrzeczny gest, który podpatrzyła raz u chłopca stajennego, gdy ten kłócił się z innym służącym. Dziewczyna nie była do końca pewna, co ten gest właściwie oznacza, pamiętała jednak, jak tamten służący się zdenerwował.
Jej oprawca zaśmiał się tylko głośno; tym razem w jego głosie pobrzmiewały nuty rozbawienia.
– Ha, twarda z ciebie ptaszynka! Większość księżniczek byłaby zrozpaczona utratą ich jakże cennego dziewictwa w taki właśnie sposób – odpowiedział, a Elyana drgnęła na jego słowa. Dobrze jej się wydawało, że on zna jej prawdziwą tożsamość.
– Przebierz się w to – rzekł, rzucając jej ubrania, które w końcu znalazł w skrzyni. Dziewczyna nie zareagowała jednak, czując kolejną falę buntu przeciwko temu mężczyźnie. Ten spojrzał na nią tylko ze znudzeniem, ale jego dłoń zbliżyła się niebezpiecznie do broni.
– Możesz się przebrać i pójść ze mną albo zostać tu i zaczekać, aż Dhornijczycy cię znajdą. Twój wybór.
Elyana znów przesłała mu spojrzenie pełne nienawiści, ale wiedziała, że ma rację. Szybko zdjęła sukienkę, która po tych wszystkich przejściach była w opłakanym stanie, i założyła podane jej ubrania. Nie pasowały na nią w ogóle; były zdecydowanie za duże, lecz Elyana cieszyła się, że są czyste i pachną mydłem.
Dziewczyna podniosła się powoli, ale gdy tylko się wyprostowała, musiała przytrzymać się skrzyni, żeby nie upaść. Ból pulsował tępo między jej nogami, pokaleczona szyja utrudniała oddychanie, usta pęknięte od ciosu w twarz piekły ją niemiłosiernie, a na głowie czuła rosnącego w szybkim tempie guza. Cieszyła się tylko, że po tych dwóch uderzeniach nie ma pękniętej czaszki.
Vico nie dał jej zbyt wiele czasu na zebranie sił. Gdy w końcu, wspierając się o skrzynie, stanęła i na próbę zrobiła kilka kroków, żeby zobaczyć, czy uda się jej chodzić, mężczyzna złapał ją mocno za ramię i pociągnął w stronę śmieci. Elyana potknęła się; nie upadła tylko dlatego, że była cały czas trzymana.
– No idź – warknął Vico, popychając ją w stronę sterty odpadów. Dopiero w tej chwili dostrzegła drabinę, prowadzącą do przejścia w suficie. Elyana niepewnie zaczęła wspinać się po śmieciach, podpierając się rękami. Odpadki były ubite jednak dość mocno i już po chwili dziewczyna dotarła do drabiny. Ta, choć wyglądała staro, była bardzo solidna. Księżniczka złapała za szczeble i ostrożnie postawiła nogę na pierwszym z nich. Drabina była porządnej roboty i nawet nie drgnęła, Elyana uznała więc, że może skupić się na obserwowaniu drogi. Zadarła głowę, ale gdy tylko to zrobiła, to poczuła nową falę bólu, która sprawiła, że zrobiło się jej niedobrze. Przez jedna krótką chwilę poczuła nieodpartą ochotę, żeby zwymiotować na idącego za nią mężczyznę, ale ten też już wspinał się po drabinie, więc wycelowanie byłoby dosyć trudne; stwierdziła też, że poza tym lepiej go nie denerwować. Przełknęła więc tylko ślinę i bez słowa złapała za kolejny szczebel.
W końcu Elyana oparła ręce o posadzkę i podciągnęła się, wychodząc z otworu w podłodze. Rozejrzała się dookoła, nasłuchując uważnie. Było tu o wiele jaśniej niż na dole i dziewczyna widziała wyraźnie kolejne skrzynie, poustawiane jedne na drugich. Nie dostrzegała żadnych ludzi ani nawet ich ciał. Odgłosy walki ciągle niosły się jeszcze po zamku, lecz były coraz dalsze i coraz częściej przerywały je długie chwile ciszy. Bitwa najwyraźniej musiała dobiegać już końca.
– Idziemy – powiedział Vico i ponownie złapał ją za ramię, ciągnąc za sobą. Po kilku chwilach puścił ją jednak, jakby dochodząc do wniosku, że i tak mu nie ucieknie.
Elyana na początku próbowała zapamiętać drogę, ale szybko straciła rachubę w labiryncie korytarzy. W ogóle nie znała tej części zamku; podejrzewała, że w takim razie muszą być w pomieszczeniach dla służby lub w części magazynowej. Co jakiś czas wchodzili po schodach, żeby potem zejść innymi. Dziewczyna przypuszczała, że być może w ten sposób mężczyzna chce zgubić pościg, który prawdopodobnie nie przestał jej szukać; po drodze nie natknęli się jednak na żadnego Dhornijczyka.
W końcu zatrzymali się przed ścianą. Wyglądała ona zwyczajnie, lecz najwidoczniej było w niej coś niezwykłego. Vico mruczał coś do siebie pod nosem, ale Elyana nie była w stanie zrozumieć, co to było. Po chwili mężczyzna popchnął mocno jeden z kamieni. Początkowo nic się nie stało, ale nagle ściana zaczęła blednąć, by zniknąć po kilkunastu sekundach i odsłonić tunel, niknący w ciemnościach.
Ciekawe, ile takich przejść jest w zamku, pomyślała dziewczyna, gdy Vico popchnął ją lekko, zmuszając do dalszego marszu. Zastanawiała się, czy jej ojciec o nich wiedział. Powinien; w końcu był królem. Dlaczego zatem nie uciekł? Albo dlaczego nie kazał ukryć się przynajmniej swojej rodzinie?
Elyana przerwała te rozmyślania, gdyż droga, którą teraz szli, wymagała wiele uwagi. Podłoże nie było już pokryte posadzką; była to po prostu ziemia, która rozmokła i rozmiękła wskutek nieprzerwanie padającego deszczu. Dziewczyna szła ostrożnie, uważając żeby obcasy nie ugrzęzły w tej glinie. Przez chwilę rozważała, czy nie byłoby jej wygodniej iść boso, ale tunel uniósł się trochę, a nieco dalej zamajaczył pomarańczowy blask ognia.
Vico znacząco przyspieszył tempo marszu. Elyana próbowała dotrzymać mu kroku, ale każdy gwałtowniejszy ruch wywoływał u niej ból, dlatego niemal westchnęła z ulgą, gdy mężczyzna uniósł rękę, dając jej tym samym znak, żeby się zatrzymała. On sam stanął przy wyjściu z tunelu, rozglądając się uważnie dookoła, szukając Dhornijczyków. Nie dostrzegł nikogo, więc odwrócił się do dziewczyny i rzucił tylko krótko:
– Chodź.
Zbliżając się do wyjścia z tunelu, Elyana poczuła słodko-mdły odór, drażniący jej węch. Zapach ten przybierał na sile z każdym krokiem, a gdy dziewczyna opuściła tunel, uderzył z całą mocą; ostatkiem sił spróbowała przełknąć ślinę, żeby uspokoić żołądek, ale nic to nie dało. Elyana odwróciła się do ściany zamku, opierając się o nią ręką, i zwymiotowała gwałtownie. Do wcześniejszego odoru doszedł jeszcze ostry zapach zawartości jej żołądka, co wywołało u niej kolejna falę torsji.
Vico stał za nią, prychając co chwila ze zniecierpliwieniem, ale nie powiedział ani słowa. Gdy tylko księżniczka doszła trochę do siebie, złapał ją za ramię i pociągnął w stronę muru, oddalonego od nich o dobre kilkadziesiąt metrów.
Elyana otarła usta ręką i rozejrzała się szybko. Byli na zamkowym dziedzińcu. Dookoła leżało pełno ciał, zarówno żołnierzy Gwardii Królewskiej, jak i Dhornijczyków, choć tych pierwszych było zdecydowanie więcej. Ich ciała były napuchnięte, a skóra biała. Dziewczyna doszła do wniosku, że muszą tu leżeć już od kilku dni. Na szczęście powoli przyzwyczajała się już do tej okropnej woni, choć ten zapach ciągle drażnił jej nos.
Vico kolejny raz pociągnął ją, zmuszając do przebiegnięcia przez dziedziniec. Elyana modliła się tylko o to, żeby nikt ich nie zauważył. Z zamkowego muru byli wręcz idealnym celem dla łuczników. Dopisało im jednak szczęście i dopadli do muru. Mężczyzna wskazał jej niewielką wyrwę, ale na tyle szeroką, że można było się przez nią przecisnąć. Dziewczyna nie miała z tym większych problemów, choć w pewnym momencie poczuła, jak jej ramię mocno zahacza o szorstki kamień, przez co mocno obtarła sobie skórę, lecz po chwili znalazła się po drugiej stronie i odetchnęła głęboko. Choć w powietrzu nadal unosił się odór rozkładających się ciał, to był on tu o wiele słabszy.
Vico miał większe trudności w przeciśnięciu się przez dziurę w murze, jako że był o wiele mocniej zbudowany. W końcu jednak, po kilku chwilach szamotaniny i potoku przekleństw, płynącym z jego ust, ostatecznie udało mu się przejść bokiem. Bez słowa znów złapał księżniczkę za ramię i ruszyli w dół ulicy. Elyana spróbowała dowiedzieć się, dokąd idą, ale gdy nie otrzymała odpowiedzi, zrezygnowała i zaczęła uważnie się rozglądać, próbując zapamiętać drogę; nie spodziewała się niczego dobrego od miejsca, do którego prowadził ją ten mężczyzna, uznała więc, że najlepiej będzie chociaż zapamiętać trasę, żeby podczas ewentualnej ucieczki nie wbiec w jakąś ślepą uliczkę.
Ulice Betancurii były puste i ciche pomimo trwającego oblężenia. Dziewczyna zastanawiała się, czy ma to związek z obecnością Dhornijczyków, czy też może z pogodą; deszcz padał nieustannie. Księżniczka rzadko kiedy opuszczała tereny zamku, by udać się do miasta, a na pewno nie robiła tego o tej godzinie. Nie wiedziała, jak powinno wyglądać jego nocne życie.
– Jesteśmy na miejscu – mruknął mężczyzna, zatrzymując się przed solidnie wyglądającymi dębowymi drzwiami.
Elyana rozejrzała się szybko wiedząc, że to jej ostatnia szansa na ucieczkę. Vico najwidoczniej przewidział jej zamiary, gdyż jego palce boleśnie wpiły się w jej ramię. Drugą ręką zastukał w drzwi, robiąc krótkie pauzy między poszczególnymi puknięciami. Dziewczyna stwierdziła, że musiał to być pewien rodzaj kodu, gdyż po chwili drzwi otworzyły się. Wchodząc, Elyana dostrzegła nad nimi szyld z napisem „Niedźwiedzia Nora”. Przemknęło jej przez myśl, że jest to sklep dla łowców lub myśliwych. Po co jednak ten mężczyzna miałby prowadzić ją do sklepu, i to o tej godzinie?
Gdy tylko weszli do środka, szybko stało się jasne, że to nie sklep, a gospoda. W pomieszczeniu było dość ciemno, a jedynym źródłem światła były płonące na niektórych stolikach świeczki. Sama sala była spora i zastawiona stolikami różnej wielkości. Na każdym z nich stała świeczka, a na tych większych dwie. Większość z nich była już pogaszona, ale te, które płonęły, rzucały na ściany rozmaite cienie, które zadrgały, gdy do pomieszczenia wpadł podmuch wiatru, kiedy Vico i Elyana weszli do środka. Kelnerka zajęta sprzątaniem zmierzyła ich nieprzyjaznym spojrzeniem, ale nie powiedziała ani słowa. Mężczyzna wskazał księżniczce głową, że ma iść za nim, po czym ruszył w stronę schodów. Elyana posłusznie zrobiła to, co jej kazał.
U szczytu schodów stała kobieta, na oko dobiegająca trzydziestki. Jej długie włosy w kolorze ciemnego blondu były w lekkim nieładzie, jakby dopiero co wstała z łóżka. Spojrzała na nich przelotnie; na widok Vico zmrużyła lekko oczy, ale nie odezwała się, tylko skinęła głową na przywitanie, a mężczyzna odpowiedział jej tym samym. Pociągnął Elyanę przez dość przestronny korytarz, wyraźnie oświetlony przez świece, umieszczone w świecznikach, przymocowanych do ścian. Przy ścianach z kolei stały skrzynie różnych rozmiarów, niektóre pootwierane, a niektóre przykryte grubą warstwą kurzu. Dziewczyna nie widziała, co się w nich znajduje, a Vico nie dał jej czasu na zaspokojenie ciekawości, tylko pociągnął w stronę następnych schodów.
Na górze nie było nikogo. Vico nie zwrócił jednak na to uwagi, tylko szarpnął Elyanę, żeby dalej szła za nim. Księżniczce przemknęło przez myśl, że jeśli zrobi tak jeszcze kilka razy, to wyrwie jej w końcu rękę, ale nie miała sił, żeby zaprotestować. Tutaj, w tym suchym i ciepłym miejscu, najwidoczniej z dala od Dhornijczyków, poczuła dopadające ją zmęczenie. Gdy wchodzili do pokoju, znajdującego się na końcu korytarza, zobaczyła dwóch mężczyzn, stojących przy drzwiach, którzy jednak nie zwrócili na nich najmniejszej uwagi.
W pomieszczeniu stał starszy już mężczyzna siwymi włosami i łysiną błyszczącą na czubku głowy. Mimo późnej godziny miał na sobie dzienne ubranie i wcale nie wyglądało na to, że miał zamiar udać się wkrótce spać. Na ich widok zmrużył intensywnie zielone oczy, przyglądając się im uważnie, a zwłaszcza dziewczynie.
– Vico. Jesteś z powrotem – powiedział w końcu niskim głosem, patrząc ciągle na Elyanę.
Vico. Więc tak się nazywa, pomyślała do siebie księżniczka, gdy jej oprawca bezceremonialnie popchnął ją na stojące nieopodal krzesło, żeby usiadła. Ta osunęła się na nie, z radością witając chwilę wytchnienia. Po kilku sekundach uznała jednak, że nie będzie pokazywała mu, jak słabo się czuje, i wstała, spoglądając na niego wyzywająco.
Vico nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi i skierował wzrok na starszego mężczyznę.
– Nathan. Przed chwilą wróciłem z zamku. Dhornijczykom udało się go podbić. Wybili wszystkich żołnierzy i służących, a większość ciał złożyli już na dziedzińcu. Nie sądzę, żeby ktokolwiek przeżył.
Nathan skinął głową, jakby spodziewał się takich wieści, po czym zapytał:
– A co z rodziną królewską?
– Też nie żyją. Królowa popełniła samobójstwo, gdy górne piętro upadło. Najwidoczniej nie spodobała jej się myśl, że miałaby rozkładać nogi przed najeźdźcami. Król został zabity wraz z resztą żołnierzy. Dhornijczycy zatknęli głowy jego i królowej na zewnętrznym murze.
Dla Elyany to było już za wiele. Ze szlochem osunęła się ponownie na krzesło, chowając twarz w dłoniach i łkając cicho. Vico i Nathan spojrzeli na nią, jakby przypominając sobie o jej obecności.
– Ta mała ptaszyna wpadła na mnie, gdy opuszczałem zamek – powiedział po chwili. – Wiesz, kto to jest?
– To Elyana De’Linn – odpowiedział Nathan krótko, nie spuszczając wzroku z płaczącej dziewczyny. Młodszy mężczyzna skinął tylko głową; jego domysły zostały potwierdzone.
– Masz zamiar ją zatrzymać? Może któryś z jej krewnych będzie chciał zapłacić za nią okup.
– Martwi ludzie nie płacą, Vico.
Księżniczka uniosła głowę, decydując się przysłuchać tej rozmowie i ganiąc siebie samą za to, że nie zrobiła tego wcześniej. Oczywiście, wiadomość o tragicznej śmierci jej rodziców była straszna, ale w tym momencie ważyły się jej losy i byłoby ogromną wręcz głupotą dać się obezwładnić tej rozpaczy.
– No cóż, niech upłynie trochę czasu, może jakiś szlachcic będzie chciał się z nią ożenić, żeby zasiąść na tronie.
– Wątpię – rzekł krótko starszy mężczyzna, kierując się w stronę biurka. Najwyraźniej uważał rozmowę za zakończoną.
Elyana spoglądała z niedowierzaniem to na jednego, to na drugiego. Nie mogła uwierzyć, że ten starszy człowiek nie chce jej pomóc. Nie wyglądał co prawda na dobrotliwego staruszka, ale z pewnością nie mógł być w ogóle bez serca! Ona sama była przecież poza tym księżniczką; czy mieszkańcy Betancurii nie mieli obowiązku pomagania rodzinie królewskiej?
Był oczywiście jeszcze ten drugi, Vico, który najwyraźniej próbował przekonać tego starszego mężczyznę, żeby udzielił jej schronienia, choć przecież nie dalej jak dwie godziny temu zgwałcił ją i o mały włos nie zabił. O co mu chodziło? I co ją czeka, jeżeli Nathan się nie zgodzi? Wyrzucą ją na ulicę? Zabiją? A może przekażą Dhornijczykom? Na samą myśl o tym, co mogli jej zrobić, zadygotała.
– Dhornijczycy nie marnowali czasu nawet na to, żeby gwałcić kobiety, które były na zamku – zaczął Vico, trochę od niechcenia. – Po prostu wszystkich pozabijali. A ta tutaj – ruchem głowy wskazał na Elyanę – to naprawdę mała, słodka ptaszynka. Byłoby szkoda, gdyby ją to spotkało.
Dziewczyna spojrzała na niego z nienawiścią i odrazą. Czy on sam nie zrobił tego, o czym teraz mówił, że „byłoby szkoda, gdyby ją spotkało”? Nim jednak zdążyła się odezwać, Nathan powiedział:
– Wezwijcie Chellę. – Mężczyzna wypowiedział te słowa głośno, żeby usłyszeli go strażnicy stojący przy drzwiach.
– Więc masz zamiar ją zatrzymać? – zapytał Vico tonem, jakby rozmawiali o pogodzie.
– Na razie tak – odpowiedział Nathan krótko. Elyana spojrzała na niego szybko, ale starszy mężczyzna skupił swój wzrok na Vico. Patrzył na niego z taką złością, że dziewczyna mimowolnie zadrżała; żaden z nich nie powiedział jednak słowa.
Po kilku chwilach ciszy, którą zakłócał jedynie szum padającego deszczu, na korytarzu rozległy się kroki trzech osób, ale do pokoju weszła tylko jedna.
Była to kobieta, na oko pięćdziesięcioletnia, o dość potężnej budowie. Jasnobrązowe włosy miała upięte w ciasny kok, a choć jej twarz zdawała się być surowa, to zmarszczki wokół oczu i ust zdradzały, że bardzo lubiła się śmiać.
– Mistrzu Nathanie. – Kobieta, zwana Chellą, dygnęła przed nim lekko. – Vico – dodała na widok drugiego mężczyzny, a chłód w jej głosie był niemal namacalny. Ten nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi.
– Mamy tutaj kogoś, kto potrzebuje naszej opieki. – Nathan zwrócił się do Chelli, wskazując ręką na Elyanę.
– Widzę – przytaknęła kobieta, przyglądając się z uwagą dziewczynie, zatrzymując dłużej wzrok na jej rozczochranych włosach, poocieranych i podrapanych ramionach oraz pękniętej wardze po jednym z uderzeń otrzymanych od Vico. Nagle oczy Chelli rozszerzyły się ze zdumieniem.
– Na bogów, ja ją znam! Czy to nie jest…
– Myślisz, że można jakoś to zorganizować, żeby była z nami bezpieczna? – Nathan przerwał jej w pół słowa spokojnym głosem, choć na jego twarzy widać było cień zniecierpliwienia.
Chella rozpoznała ten grymas. Oderwała wzrok od dziewczyny i zwróciła się do starszego mężczyzny rzeczowym tonem:
– Myślę, że tak. Jeśli podetniemy trochę jej włosy, może zafarbujemy na inny kolor, to powinno się udać.
– Dobrze. – Nathan skinął głową. – Niech zajmie się pracą w kuchni, ale nie pozwól, żeby miała kontakt z klientami. Z zabrudzoną twarzą i połamanymi paznokciami nikt nie powinien jej rozpoznać, ale nie ma co ryzykować.
– Szkoda niszczyć jej delikatną skórę – westchnęła Chella, uśmiechając się z sympatią do Elyany. Ta odpowiedziała jej tylko pustym spojrzeniem, jakby wszystko było jej już całkowicie obojętne.
– Będzie musiała to przeżyć – stwierdził Nathan tonem kończącym dyskusję.
– A co z jej imieniem? – zapytał Vico, stojący w kącie z rękami założonymi na piersi i przysłuchujący się całej dyskusji z wyraźnym znudzeniem.
– Nikt nie powinien zwrócić na nie uwagi. Ludzie cały czas nazywają swoje córki po księżniczce – odpowiedział Nathan po chwili namysłu, w czasie której przyglądał się uważnie Elyanie z lekko przechyloną na bok głową.
– No już dziecko, chodź. – Chella podeszła do dziewczyny i wzięła ją za rękę, ciągnąc lekko, żeby księżniczka wstała. Ta podniosła się z krzesła, krzywiąc się lekko z bólu. – Wygląda na to, że przyda ci się długa, gorąca kąpiel.
Elyana skinęła nieobecnie głową i ruszyła za Chellą, choć każdy krok sprawiał jej ból. Dopiero teraz, gdy adrenalina, spowodowana atakiem na zamek i ucieczką, opadła, czuła jak wiele ją to kosztowało. Głowa cały czas pulsowała tępo, a na potylicy, co dziewczyna czuła bardzo wyraźnie, wyrastał jej guz od uderzenia w posadzkę. Rozcięta warga i cienka szrama na szyi, która powstała od noża trzymanego przy gardle, piekły niemiłosiernie. Bolała ją ręka, za którą Vico ciągle szarpał, obolałe było również jej krocze. Elyana ostatkiem sił próbowała powstrzymać się od płaczu, decydując, że lepiej będzie poczekać, aż będzie sama. Wiedziała jednak, że musi wyglądać niezwykle mizernie; mówiło jej o tym spojrzenie Chelli, pełne współczucia. Mimo wszystko ucieszyła się, że może się wykąpać, a także, że w końcu może opuścić pokój, w którym był mężczyzna, który tak ją skrzywdził.
Dziewczyna szybko odsunęła od siebie tę myśl; samo wspomnienie tych okropnych chwil sprawiło, że łzy stawały jej w oczach. Nie miała też zbyt wiele sił na rozmyślania. Stwierdziła, że lepiej będzie poukładać sobie to wszystko, gdy trochę odpocznie.
Gdy obie kobiety opuściły pomieszczenie, Vico również ruszył w kierunku wyjścia, kiwając lekko głową w geście pożegnania. Zatrzymał go jednak głos Nathana.
– Masz mi coś jeszcze do powiedzenia? – zapytał mężczyzna spokojnym głosem, choć wprawione ucho mogło wyłapać pobrzmiewające w nim zdenerwowanie. Ucho Vico było niezwykle wprawione, więc mężczyzna stanął, po czym powoli odwrócił się w stronę Nathana.
– Nie wiem, co mógłbym ci jeszcze powiedzieć – odpowiedział w końcu, spoglądając mu prosto w oczy, jakby próbował rzucić mu wyzwanie, ale nie udało mu się ukryć nagłego przypływu złości i już wiedział, że przegrał; milczał jednak.
Obaj mężczyźni wpatrywali się w siebie przez kilka chwil; jeden spokojny, drugi wyraźnie wzburzony, z zarumienioną twarzą i przyspieszonym oddechem. W końcu Vico skinął głową.
– Tym razem nie wyciągnę z tego konsekwencji – powiedział Nathan, odwracając się do biurka i sięgając po leżące na nim papiery. – Zapamiętaj tylko, że od tej chwili dziewczyna jest pod moją opieką. Jeżeli usłyszę od niej chociaż słowo skargi, to będziemy musieli porozmawiać inaczej. Możesz odejść – dodał po chwili, gdy Vico nadal stał bez ruchu.
Mężczyzna kolejny raz skinął głową i bez słowa wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Cała „Niedźwiedzia Nora” była cicha, jednak gdy mężczyzna, schodząc do wyjścia, przechodził koło pomieszczeń kuchennych, do jego uszu dobiegł stłumiony szloch. Mimowolnie zwolnił, nasłuchując, ale oprócz tego dźwięku nie usłyszał nic innego. Po chwili ruszył dalej, czując przepływające przez niego fale złości. Uspokoił się dopiero wtedy, gdy wyszedł na zewnątrz, gdzie chłodne krople deszczu dotknęły jego czoła, jakby zmywając ten sposób wszystkie targające nim emocje. Odetchnął głęboko, czując w powietrzu zapach dymu, po czym zanurzył się w ciemnych uliczkach miasta.

3 komentarze:

  1. Witam, to znowu ja. :)

    Nie o groteskę chodziło? Szkoda. Kocham się w niej. Moja Kicia z masłem to jedna wielka groteska czasem.

    Znów pewnie podzielę wszystko na dwa komentarze, bo piszesz długie rozdziały, a wolę skomentować konkretniej i odnosić się dogłębnie do treści, a nie tak na odczep i: lecę dalej.

    Nie jest to opko przeznaczone dla mnie... Dobra, skoro już i tak nie stosuję się do poleceń, mogę czytać dalej i grzeszyć. :)

    Raczej nie będę komentowała strony technicznej, skoro opowiadanie czeka gruntowna korekta, ale nie mogę się powstrzymać. Trochę bez sensu to stwierdzenie, że Elyana (?) dotknęła tył głowy, więc myślała, że czaszka jest cała. Czego się spodziewała? Wyczucia jakiegoś horrendalnego wgłębienia przez... to wszystko?

    Czerwień to prawie mój ulubiony kolor (burgund to w zasadzie jakaś odmiana czerwieni), więc szkoda, że Dhornijczykom (?) akurat ją przypisało, choć, wiadomo, pewnie symbolika nie bez znaczenia, krew, gniew, te sprawy...

    Elyana (?) umie zachować zimną krew. Ja, z natury spokojny milczek-introwertyk-INFJ-wallflower, już błagałabym o litość lub kwiczała, myśląc gorączkowo: o mój Boże, a jak mnie zgwałci? O mój Boże, te średniowieczne tortury... kozy, bambusy, stosy, szafot wybawieniem i aktem dobroci. Zwłaszcza że jest dziedziczką tronu czegoś na B (naprawdę mam słabą pamięć do nazw własnych).

    Odezwała się we mnie niepoprawna romantyczka. Vico chciał Shannie pokazać morze... To takie smutne.

    Księżniczka z pewnością nie będzie mieć łatwego życia. Może jeszcze pożałuje, że w pewnym sensie zaufała Vico, ale wyboru to ona znowu nie miała...

    Do zobaczenia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)

      Jeśli chodzi o to uderzenie w głowę i późniejsze sprawdzanie, to niekoniecznie musiało być wgłębienie; mogła na przykład poczuć, że ma krew na palcach. Ale, no właśnie, pewne poprawki i doprecyzowania się pojawią, więc liczę na to, że po ich wprowadzeniu nie będzie wątpliwości. :)

      Brak pamięci do nazw jest dla mnie w pełni zrozumiały. Zwykle podczas czytania tworzę sobie jakieś własne warianty, a potem przeżywam zaskoczenie.

      Pozdrawiam serdecznie. :)

      Usuń
    2. Witam ponownie. Coś długo mnie nie było. Jakoś czasu nie miałam, weny na komentowanie. Ale wróciłam, lecimy dalej. :)

      Dobrze, że zrezygnowała z tego pomysłu. Gdyby na niego zwymiotowała, Vico nieźle by się pewnie wkurzył.

      Dobrze, że nie robisz z Elyany niezwyciężonej heroski, która momentalnie przystosowuje się do panujących warunków i tak dalej.

      Byłoby szkoda, gdyby ją to spotkało... Na pewno, Vico, na pewno...

      Zapałałam sympatią do Chelli. Wydaje się być taką dobrą duszą wśród tych wszystkich silnych, często egoistycznych, mężczyzn, ale, wiadomo, pozory mylą.

      Vico, staruszek... Kto kim dla kogo jest? Jakie kto ma cele? Coraz więcej tajemnic.

      Miłego dnia. :)

      Usuń