sobota, 6 lutego 2016

Rozdział 6

Witam po raz kolejny. Rozdział z lekkim opóźnieniem, ale wiadomo, jak luty to sesja, i choć moja nie była tak tragiczna, to jednak czasu na pisanie było trochę mniej.
Tradycyjnie przypominam, że opowiadanie zostało napisane na podstawie modułu „A Dance with Rogues”, stworzonego przez Valine, i zdecydowanie nie jest przeznaczone dla osób niepełnoletnich.

***

Nad Betancurią powoli zapadał zmrok, a na ulicach zaczęto zapalać latarnie. Mieszkańcy miasta kończyli załatwiać swoje sprawunki, spiesząc się do domów. Co prawda przebywanie nocą na ulicach nie było zabronione, ale należało liczyć się z tym, że na pewno przyciągnie to uwagę Dhornijczyków, a nikt nie miał ochoty być przesłuchiwanym przez dociekliwych żołnierzy.
Elyana westchnęła cicho, odsuwając się od okna w pokoju Chelli na myśl o tym, że będzie musiała udać się tej nocy na przechadzkę po mieście, by spotkać się z tajemniczym nadawcą wiadomości. Wiedziała, że jest to dość bezmyślne zachowanie, ale była niezmiernie ciekawa, dlaczego ktoś chce się z nią spotkać i, przede wszystkim, skąd zna jej prawdziwe imię. Musiała poczekać jednak jeszcze trochę, aż nastanie noc. Przez ten czas oczekiwania zupełnie nie miała pojęcia, co ze sobą zrobić, i krążyła między swoim pokojem a pokojem Chelli.
Gdy weszła do mniejszego pokoju, jej wzrok padł na leżącą na łóżku skąpą koszulkę nocną, którą, za radą Joanny, kupiła „u Talany”, by odwrócić uwagę bardki podczas pracy z Lentonem. Po wizycie w sklepie spotkała się z synem Joanny, żeby ustalić wszystkie szczegóły zaplanowanej na kolejny dzień akcji. Umówili się, że gdy tylko ona i Pia wejdę na górę, on ją ogłuszy, razem zabiorą dokumenty i wyjdą tylnymi drzwiami, przez kuchnię.
Dziewczyna odwróciła wzrok od swojego świeżego zakupu, zwinęła w kłębek i wrzuciła do szafy. Na samą myśl o tym, że jutro będzie musiała się w to ubrać, czuła ze policzki robią się jej czerwone. Nie mogła sobie wyobrazić, żeby udało im się wypełnić to zadanie.
Księżniczka wygładziła pościel, przestawiła doniczkę z kwiatem ze stołu na kredens, bezskutecznie poprawiła sterczące we wszystkie strony kosmyki i wróciła do pokoju Chelli, znów stając przy oknie. Zmrok zapadł jednak szybko i w nikłym świetle latarni nie widziała za wiele, więc postanowiła pójść do kuchni, żeby zająć się jakąkolwiek pracą. Gdy tylko z powrotem weszła do swojego pokoju, w drzwiach stanął Caron, trzymając w rękach dwa kubki z jakąś aromatyczną, parującą cieczą.
– Herbatki? – zapytał, uśmiechając się szeroko i, nie czekając na jej odpowiedź, postawił kubki na stole, przystawił sobie krzesło i rozsiadł się wygodnie. Elyana wzruszyła lekko ramionami, po czym usiadła obok niego i powąchała parujący napój.
– I co tam dzisiaj robiłaś? Nie zmywałaś chyba z siebie tego popiołu cały dzień, co? – zaśmiał się, kładąc nogi na stole.
– Byłam u Hatoriego – odpowiedziała dziewczyna, której aromat herbaty przypomniał wizytę u mistrza walki. – Będę u niego trenować.
– Hatori, co? – mruknął Caron, pociągając łyk herbaty. – Jak dla mnie to dziwny typ. Co innego można powiedzieć o gościu, który pije tylko herbatę?
– A ty to niby co? – Lekkim ruchem głowy wskazała na jego kubek, ale mimowolnie się uśmiechnęła. Nie wiedziała dlaczego, ale nawet krótka pogawędka z Caronem była w stanie poprawić jej humor.
– To nie tylko herbata – mrugnął porozumiewawczo. – Nie bój się, tobie niczego nie dolałem – dodał, gdy księżniczka podejrzliwie spojrzała na swój kubek. – Lepiej powiedz, jak ci się podoba w naszej Rodzinie.
– Trudno powiedzieć – stwierdziła po chwili, upijając łyk herbaty. Uznała, że jest nawet lepsza od tej, którą piła u Hatoriego. – Ale na pewno nie jest nudno. W ciągu tych kilku godzin przeżyłam więcej niż przez cały tydzień, gdy jeszcze mieszkałam na zamku.
– Na zamku? – powtórzył Caron, a Elyana szybko zaklęła w myślach. Była pewna, że jeżeli nie będzie się pilnować, to w ciągu najbliższych kilku dni zostanie ścięta przez Dhornijczyków. Teraz jednak szybko się opanowała i, robiąc minę jakby nie powiedziała nic niezwykłego, odrzekła:
– Tak. Przed atakiem pracowałam jako służąca, więc chyba się domyślasz, że takie życie nie było zbyt ciekawe, nie? – Po czym dodała: – Lepiej powiedz, jak ty trafiłeś do Rodziny.
– O, jak to miło, że pytasz – stwierdził z zadowoleniem, przeciągając się tak mocno, że aż zatrzeszczały mu stawy. – Od czego by tu zacząć… Moi rodzice zmarli, gdy miałem cztery lata. Nie pamiętam ich za dobrze – dodał, gdy zobaczył współczucie na twarzy dziewczyny. – Przygarnęła mnie rodzina handlarzy, i tak z nimi podróżowałem przez parę lat, aż w końcu trafiliśmy do Betancurii. Tutaj jednak skończyła się dobra passa, bo okazało się, że byli mocno zadłużeni u jednego z przemytników, który bardzo nie lubił, gdy ktoś nie oddawał mu pieniędzy, jeśli wiesz, co mam na myśli.
– Wiem – przytaknęła Elyana. – Jak się nazywał ten przemytnik? Nie miałeś przez niego problemów?
– Nie pamiętam, zresztą tacy ludzie niechętnie zdradzają swoje nazwiska – odpowiedział Caron, wzruszając lekko ramionami. – A poza tym on i tak już nie żyje, został zabity jakieś kilka lat temu. Interes przejął jego syn, całkiem porządny gość, też członek Rodziny. Co do problemów… - Caron wypił łyk herbaty i skrzywił się lekko. – Z dnia na dzień zostałem sam w obcym mieście, a do tego byłem dzieckiem. Miałem do wyboru albo zginąć, albo kraść, więc kradłem. Szło mi nawet nieźle, czasami tylko byłem głodny. Znalazłem jakiś opuszczony magazyn w porcie i tam spałem. A kiedy zauważył mnie Yance, trafiłem do Rodziny, no i zostałem.
– Yance? – powtórzyła dziewczyna. Nigdy wcześniej nie słyszała tego imienia.
– Tak. Stary dobry Yance – uśmiechnął się Caron. – W Rodzinie nikt lepiej od niego nie potrafi opróżniać czyichś kieszeni. Gdy mnie zobaczył na ulicy, musiał stwierdzić, że mam talent. Albo po prostu było mu mnie żal. To teraz nieważne. Cieszę się, że mogę się na coś przydać Nathanowi. W zasadzie to mam pomysł – stwierdził chłopak, podrywając się nagle. – Pogadam z Yance’em, może zgodzi się ciebie też podszkolić. Przyda ci się to, jeśli chcesz pracować dla Rodziny.
– Pewnie, czemu nie – rzekła, uznając że to faktycznie może być dobry pomysł. Dopiła herbatę i wstała z krzesła: – Ale teraz muszę iść, mam ważną sprawę do załatwienia.
– Jasne, jasne, nie zatrzymuję cię – powiedział Caron. Wziął puste już kubki i ruszył w stronę kuchni. Zatrzymał się jednak przy drzwiach i spojrzał na Elyanę, która właśnie zapinała płaszcz.
– No? – zapytała, nie odrywając wzroku od swojego odbicia w lustrze, ale gdy chłopak nie odzywał się przez chwilę, rzuciła na niego kątem oka. Jego twarz miała niepodziewanie poważny wyraz.
– W sumie to przyszedłem, żeby pomówić z tobą o pewnej sprawie – zaczął, jak się Elyanie wydawało, trochę niepewnie.
– Słucham.
– Vico był tu dzisiaj – zaczął Caron, odstawiając kubki na stół, przez co nie zauważył, że dziewczynie omsknęły się palce z zapinki. – Wydawał się niezadowolony z faktu, że ze sobą rozmawiamy.
– To przecież nie jego sprawa – odpowiedziała Elyana, starając się, by jej głos brzmiał zdawkowo, choć nie mogła powstrzymać jego drżenia. – Skąd on niby zresztą wie, że się przyjaźnimy?
– Chyba od Trissy. Rozmawiał z nią wcześniej w kuchni, a potem przyszedł z awanturą do mnie – rzekł Caron, również starając się wyglądać tak, jakby nic się nie stało, choć dziewczyna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że jest trochę wystraszony.
– Trissa nigdy mnie nie lubiła. Może chciała zrobić mi po prostu na złość – mruknęła Elyana bardziej do siebie niż do niego, mając przed oczami inną z dziewczyn, które pracowały w kuchni. – Ale to i tak nie jego sprawa – powtórzyła sucho.
– To samo mu powiedziałem. – Caron uśmiechnął się słabo, ale zaraz znów spoważniał. – Czy to prawda, że ty i on… No wiesz, byliście razem? Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz – dodał szybko, widząc jej minę.
– On tak powiedział?! – wykrzyknęła zdumiona. Gdy chłopak skinął głową, bez zastanowienia chwyciła jeden z kubków i rzuciła nim z całej siły o ścianę. – Zakłamany, zawszony skurwysyn! Oby zdechł w jakimś rynsztoku! Co za cholerny skurwiel!
Caron milczał, obserwując jej napad furii. Po chwili jednak księżniczka uspokoiła się i, oddychając szybko, odpowiedziała drżącym głosem:
– To nie prawda, że ja i… ten śmieć… byliśmy razem. Tyle musi ci wystarczyć.
– W porządku – rzekł po chwili, zabierając ze stołu ocalały kubek. Cały czas patrzył na nią podejrzliwie. – Pamiętaj tylko, że zasługujesz na kogoś lepszego niż Vico.
– Wiem – odpowiedziała lodowato, po czym, nie żegnając się z Caronem, wybiegła prosto na ulicę. Dopiero tam, gdy chłodne powietrze uderzyło jej zarumienione od gniewu policzki, poczuła się trochę spokojniej, i ruszyła w stronę portu, pogrążając się w myślach.
Ulice miasta były już praktycznie puste, jeśli nie liczyć dhornijskich patroli, ale Elyana wolałaby, żeby przechodniów było trochę więcej, gdyż w tej sytuacji mimowolnie ściągała na siebie uwagę żołnierzy. Uznała, że i tak najlepszym rozwiązaniem będzie nie rozglądać się na boki, a patrzeć przed siebie. I choć z zewnątrz wydawała się być spokojna, tak w środku dygotała z powodu targających nią emocji.
Samo wspomnienie o Vico sprawiało, że ręce zaczynały jej drżeć ze złości, a na myśl przychodziły jej najgorsze słowa, które słyszała wcześniej na zamku z ust stajennych, i później, podczas pracy w kuchni. Próbowała pocieszyć się tym, że przestała już płakać na myśl o nim, ale nie dawało jej to zbyt wiele. Nie była jeszcze gotowa o nim rozmawiać, a tym bardziej nie mogła sobie wyobrazić, że miałaby stanąć z nim twarzą w twarz. Wiedziała jednak, że skoro chce pracować dla Rodziny, to prędzej czy później do takiej konfrontacji dojdzie, gdyż, z tego co wywnioskowała z rozmowy z Nathanem i Joanną, nikt nie miał zamiaru pociągnąć Vico do odpowiedzialności za to, co zrobił. Miała świadomość, że będzie musiała zająć się tym sama.
W porcie uderzył w nią intensywny zapach morza i momentalnie przypomniała sobie wycieczki organizowane przez jej rodziców po Wielkiej Rzece, które przy dobrej pogodzie zmieniały się w krótkie rejsy po otwartym morzu. Trudno jej było uwierzyć w to, że działo się to nie tak dawno temu. Cały czas wydawało się jej, że te wspomnienia dotyczą albo jakiejś zamierzchłej przeszłości, albo kogoś zupełnie innego. Czasami tęskniła za tamtym życiem, ale i tak była zadowolona z nowej wolności. Nikt jej niczego nie kazał, nikt jej niczego nie zabraniał; wcześniej mogła tylko pomarzyć o czymś takim.
Zastanawiało ją to, że nie odczuwa jakiejś specjalnej tęsknoty za rodzicami. Po tych kilku miesiącach spędzonych w „Niedźwiedziej Norze” prędzej nazwałaby swoją matką Chellę, która troskliwie się nią zajęła po jej przybyciu do restauracji. Z perspektywy czasu widziała różnicę między nią a rodzicami, którzy traktowali ją jak swojego rodzaju towar, który w odpowiednim momencie musi zostać dobrze sprzedany, podczas gdy Chelli ewidentnie zależało wyłącznie na jej dobru.
Dziewczyna westchnęła cicho, wracając myślami do czekającego ją spotkania. Wolała się teraz nie rozpraszać, gdyż istniało naprawdę ogromne ryzyko, że będzie musiała ratować się ucieczką. Przemknęło jej przez myśl, żeby może jednak wrócić do „Niedźwiedziej Nory”, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Uznała, że najlepiej będzie schować się w jakimś ciemnym miejscu i z ukrycia obserwować, kto się zjawi.
Dochodząc do Starego Nabrzeża, Elyana zauważyła kilka bezładnie stojących skrzyń. Stwierdziwszy, że trudno będzie o lepszą kryjówkę, przykucnęła za nimi, a następnie wychyliła ostrożnie głowę, by zobaczyć, czy ktoś już przyszedł, i ledwo powstrzymała okrzyk zdumienia.
W słabym świetle, rzucanym przez starą latarnię, dostrzegła stojącego mężczyznę, który ubrany był w zbroję w barwach mundurów Królewskiej Gwardii: ciemnoniebieski z żółtymi elementami.
Księżniczka, rezygnując ze wszystkich pozorów, wyskoczyła zza skrzyń i podbiegła do czekającego na nią żołnierza, który, gdy tylko ją zobaczył, uśmiechnął się radośnie i opadł na jedno kolano, klękając przed nią.
– Pani, Wasza Wysokość, jak dobrze was widzieć! – powiedział, nie podnosząc się z ziemi. – Widzę, że moja wiadomość do was dotarła?
– Owszem – odpowiedziała Elyana, trochę oszołomiona tym niespodziewanym zwrotem akcji. – Ale lepiej wstań, bo jeśli zobaczą nas Dhornijczycy, to oboje będziemy mieć kłopoty. – Gdy mężczyzna się podniósł, dodała szybko: – Ale kim ty w ogóle jesteś? I jak udało ci się przeżyć? Byłam pewna, że wszyscy ludzie mojego ojca zostali zabici!
– Nazywam się Justan Fyne, Wasza Wysokość – rzekł mężczyzna, schylając lekko głowę. – Służyłem na zamku w Gwardii Królewskiej i walczyłem z dhornijskimi żołnierzami, ale po naszej porażce udało mi się ukryć i przetrwać do tej pory. Niestety – na jego twarzy zagościł smutek – tylko mi udało się przeżyć.
– Rozumiem – mruknęła ponuro; aż za dobrze pamiętała swoją ostatnią noc na zamku i dziesiątki trupów, żołnierzy i służących. – Ale chyba nie chciałeś spotkać się ze mną tylko po to, żeby powiedzieć mi, że żyjesz?
– Oczywiście, że nie, Wasza Wysokość – odpowiedział Fyne, ledwo hamując swoje podekscytowanie. – Znalazłem dla nas sposób ucieczki z tego przeklętego miasta!
– Ucieczki? – powtórzyła Elyana. – Co masz na myśli?
– Rozmawiałem z jednym z kapitanów – rzekł żołnierz, wskazując ręką na zacumowane w porcie statki. – Płynie do Ilerii i zgodził się nas ze sobą zabrać. Pomyślcie tylko, Wasza Wysokość! Koniec z ukrywaniem się! Będziecie mogli się ujawnić, być może nawet znaleźć sojuszników i odbić Betancurię z rąk Dhornijczyków!
– Byłoby wspaniale – westchnęła dziewczyna cicho, mimowolnie się uśmiechając. – Naprawdę wspaniale!
– Jest tylko jeden problem. – Justan Fyne zasępił się, a Elyana już domyślała się, co zaraz usłyszy. – Kapitan nie zrobi tego za darmo. Za przewóz żąda dziesięciu tysięcy złotych monet.
– Dziesięć tysięcy? – jęknęła z niedowierzaniem. – W życiu nie uzbieram tylu pieniędzy!
– To trudne zadanie, przyznaję – zgodził się ponuro żołnierz. – Ale wasz wierny poddany znalazł sposób. Potrzebuję tylko niewielkiej pomocy z waszej strony.
– Co mam zrobić? – zapytała księżniczka, drżąc lekko. Oczekiwała w tym momencie wszystkiego i na wszystko była gotowa się zgodzić, żeby oswobodzić miasto z rąk wrogiej armii.
– Dhornijczycy próbują zniszczyć tutejszą gildię złodziei. Za wskazanie kogokolwiek z ich grupy oferują naprawdę sowite nagrody – odpowiedział Fyne, zniżając głos do szeptu. – A wiem, że Wasza Wysokość coś o nich wie. Widziałem was dzisiaj, jak wychodzicie z „Niedźwiedziej Nory”. Czy to tam mają kryjówkę?
Elyana milczała, szybko rozważając stojące przed nią możliwości. To wszystko było takie proste! Podać kilka nazwisk, ulotnić się z tego miasta, a w przyszłości odbić je przy pomocy znalezionych w Ilerii sojuszników i objąć prawowitą władzę. Nie musiałaby się dłużej ukrywać, odwiedzać jakichś dziwnych miejsc i bać się na każdym kroku, że ktoś ją rozpozna.
– O nic oczywiście was nie oskarżam, Wasza Wysokość – dodał żołnierz usprawiedliwiającym tonem. – Rozumiem, że robiliście wszystko, żeby przetrwać. Ale pomyślcie, teraz możecie skończyć z tym nędznym życiem raz na zawsze!
– A co Dhornijczycy im zrobią? Zabiją ich? – zapytała, starając się przeciągnąć rozmowę i tym samym zyskać choć trochę na czasie.
– Czy to ważne? Życie kilku złodziejaszków i morderców z pewnością jest mniej warte od waszego, a z pewnością zdajecie sobie sprawę z tego, co zrobią wam żołnierze Dhornu, gdy się o was dowiedzą – odrzekł Fyne ostrzegawczo.
Nagle księżniczka usłyszała za sobą szmer i odwróciła się gwałtownie, ale nie zobaczyła nikogo ani niczego. Spojrzała więc na Justana, ale on był zupełnie spokojny i patrzył na nią z wyczekiwaniem.
– Może po prostu spróbuję zarobić te pieniądze? – zaproponowała szybko, ciągle rozglądając się na boki, szukając najlepszej drogi ucieczki, ale wyglądało na to, że najlepiej będzie chyba wskoczyć do wody.
– Dziesięć tysięcy? – zapytał z powątpiewaniem żołnierz. – Obawiam się, że to niewykonalne, Wasza Wysokość, bo statek odpływa pojutrze.
Do uszu dziewczyny dobiegł kolejny szmer, tym razem z prawej strony, jakby coś czaiło się między skrzyniami, wśród których wcześniej się ukrywała. Ostrożnie cofnęła się o krok, szykując się do biegu. Podejrzewała, że wpadła w zasadzkę Dhornijczyków, i nie miała już ochoty niepotrzebnie przedłużać tej rozmowy, zwłaszcza że najwyraźniej zorientowali się, że nie ma zamiaru współpracować z nimi po dobroci.
– Nie pomogę ci – rzekła, robiąc kolejne dwa kroki do tyłu. Zerknęła w stronę skrzyń; miała wrażenie, że między nimi mignęło coś ciemnoczerwonego i poczuła, że nogi zaczynają jej lekko drżeć.
– Cieszę się. – Fyne uśmiechnął się szeroko, po czym rozbłysło jasnożółte, przechodzące w biel światło. Elyana krzyknęła i upadła; była niemal całkowicie oślepiona. Pewna, że żołnierz, a raczej Dhornijczyk w przebraniu, rzucił na nią jakieś zaklęcie, pozbierała się szybko z ziemi i, mrugając szybko, rozejrzała się dookoła, nigdzie jednak nie widząc Justana.
Nie zastanawiając się nad tym dłużej, rzuciła się do ucieczki i biegła, dopóki nie zauważyła patrolu. Nie chciała przyciągać na siebie ich spojrzeń, poza tym wydawało się jej, że nikt jej nie goni. Bez najmniejszych problemów udało się jej wrócić do „Niedźwiedziej Nory” i, nie zdejmując nawet płaszcza, rzuciła się na łóżko, jednak z nadmiaru emocji udało się jej zasnąć dopiero nad ranem.
***
Elyana obudziła się dopiero popołudniu, nie wstawała jednak, chociaż odczuwała ssanie w żołądku. Do wieczora i do treningu z Hatorim miała jeszcze sporo czasu, bardziej obawiała się tego, że z ćwiczeń nie zdąży do gospody „Pod Lwim Łbem” na spotkanie z Pią. Miała nadzieję, że Hatori nie będzie jej trzymał za długo; wiedziała, że jeśli ona i Lenton nie wykonają tego zadania, to Nathan nie będzie zadowolony, a ona nie chciała wzbudzać u niego gniewu.
Dziewczyna założyła ręce za głowę i zaczęła patrzeć w sufit, przypominając sobie cały poprzedni dzień. Miała wrażenie, jakby dopiero co zsiadła z kręcącej się z zawrotną szybkością karuzeli. Wszystko mieniło się jej przed oczami jak w kalejdoskopie: rozmowa z Nathanem, z Chellą, z Caronem, znów z Nathanem, z Joanną, ponownie z Caronem, z żebrakiem…
Na to ostatnie wspomnienie skrzywiła się lekko i otworzyła oczy, próbując szybko wyprzeć je z myśli, ale było już za późno. Widziała jego martwe ciało, powoli wykrwawiające się na brukowany chodnik, krew rozlewającą się między kamieniami i wsiąkającą w ziemię, a także sztylet, wypadający jej z dłoni i z brzdękiem upadający na bruk. Chcąc znaleźć sobie szybko wymówkę, przypomniała sobie wszystko to, co powiedział jej żebrak, a później Caron, i poczuła się odrobinę lepiej. Zaraz jednak stanął jej przed oczami obraz, jak zdejmuje z ciała mężczyzny jego ubranie i zalała ją fala wstydu i obrzydzenia do siebie samej. Z ulgą powitała myśl, że na szczęście poprzedniego dnia wyrzuciła te ubrania do śmieci, które były zbierane z tyłu restauracji oraz że więcej nie będzie musiała na nie patrzeć.
Chcąc zająć się czymś pożytecznym, Elyana wyszła z łóżka i wzięła z krzesła sztylet, postanawiając go trochę wyczyścić. Nie miała pojęcia, czym powinno czyścić się broń. Woda była dla niej dość głupim pomysłem, ale w swoim pokoju nie miała nic innego, czym mogłaby zmyć zaschniętą krew. Namoczyła jeden z ręczników, który służył do wycierania rąk, usiadła wygodnie przy stole i ostrożnie, owijając dłoń ręcznikiem tak, żeby się nie skaleczyć, zaczęła powoli oczyszczać sztylet.
Czynność ta była dla niej zaskakująco odprężająca, choć krew schodziła opornie, zwłaszcza ta zaschnięta tuż przy jelcu. Mimo to poczuła się trochę lepiej i nawet spróbowała coś zanucić, ale na tyle cicho, by nikt jej nie usłyszał, gdyż dobrze wiedziała, że fałszuje.
Czas mijał jej szybko, ale gdy w końcu wyjątkowo głośno zaburczało jej w brzuchu, stwierdziła, że to najwyższa pora, żeby w końcu coś zjeść. Wytarła sztylet do sucha innym ręcznikiem, schowała go do pochwy i odłożyła na wszelki wypadek na stół, by go później nie zapomnieć, po czym weszła do kuchni.
Praca wrzała. Kucharze biegali od jednego garnka do drugiego, nakładając jedzenie, a kelnerki przynosiły puste talerze, żeby zaraz wyjść z pełnymi. Nawet Chella, która zwykle tylko nadzorowała pracowników, przyłączyła się do nich, zawzięcie siekając cebulę.
Nikt nie zwrócił na Elyanę uwagi, gdy weszła, oprócz Willego, który o mało co się o nią nie potknął, gdy sięgała do kosza z pieczywem. Wzięła sobie dwie bułki oraz kawałek sera i wróciła do swojego pokoju.
Po posiłku powoli zaczęła przygotowywać się do wyjścia. Ubrała się w płaszcz, do jednej z kieszeni włożyła sztylet, a do drugiej, po chwili namysłu, koszulkę nocną, gdyż nie miała żadnej sakwy ani torby. Schowała też mieszek z pieniędzmi, których większość stanowiła reszta z zakupów w sklepie „U Talany”. Początkowo zastanawiała się, czy może nie oddać ich Joannie, ale stwierdziła, że ona będzie potrzebować ich o wiele bardziej.
Tak przygotowana wyszła z kuchni i ruszyła w stronę schodów, mijając przy nich Nelinę. W duchu przygotowała się na to, że zaraz usłyszy kilka słów, dotyczących tego, że nie powinno się dosypywać ludziom niczego do napojów. Kobieta spojrzała na nią jednak tylko kątem oka i lekko skinęła głową na przywitanie, choć nadal wyglądała na trochę obrażoną. Elyana, zadowolona, że najwyraźniej udało się jej uniknąć utarczki słownej, wyszła z „Niedźwiedziej Nory”.
Gdy już znalazła się na ulicy, stwierdziła, że jest trochę później, niż myślała; czując nieprzyjemny skurcz w żołądku, ruszyła nieomal biegiem do sklepu Igora, żeby odebrać swoją zamówioną zbroję.
U Igora był tylko jeden klient, który zbierał się już do wyjścia. Dziewczyna czekała cierpliwie, choć po trzecim pożegnaniu Wilkino z mężczyzną prychnęła lekko. Ten jednak w końcu pozbył się klienta i przyniósł księżniczce gotowe zamówienie. Elyana podziękowała mu szybko i wyszła, idąc już prosto do Hatoriego, gubiąc drogę tylko raz. Mimo to, gdy dotarła do drzwi herbaciarni, wiedziała, że przyszła po czasie.
– Spóźniłaś się – usłyszała głos Hatoriego, dobiegający do niej gdzieś z korytarza, gdy tylko weszła do środka.
– Przepraszam – mruknęła, wytężając wzrok i czekając kilka chwil, aż przyzwyczai się do ciemności. – Zabłądziłam.
– Za mną – rzekł Hatori, stając w drzwiach, prowadzących do sali dla gości. Wyglądał tak, jakby w ogóle nie usłyszał jej wytłumaczenia.
Elyana westchnęła cicho, ruszając za mężczyzną. Wyglądało na to, że treningi u Hatoriego nie będą ani łatwe, ani lekkie, ani przyjemne. Uznała jednak, że nie ma co grymasić, jeśli dzięki tym ćwiczeniom uda się jej przeżyć dłużej niż kilka dni.
Oboje przeszli przez główną salę i weszli do niewielkiej kuchni. Tam Hatori podniósł klapę w podłodze, tuż obok pieca zajmującego niemal całą długość ściany i wskazał księżniczce, by zeszła pierwsza. Dziewczyna wykonała jego polecenie, choć chwiejąca się i zdecydowanie mająca za sobą najlepsze lata drabina sprawiła, że nogi miała jak z waty, ale gdy tylko dziewczyna znalazła się na dole, zapomniała o tym przeżyciu, podziwiając salę treningową.
Niemal cała ściana zastawiona była stojakami z najróżniejszymi rodzajami broni, zarówno do walki wręcz, jak i te na odległość. Nie czekając, aż Hatori upora się z zamknięciem klapy, podeszła do pierwszego z nich. Bardzo korciło ją, żeby wziąć jeden z kilku wystawionych tam rapierów, który niemal aż prosił o to, by sprawdziła, jak będzie leżał w jej dłoni.
Przy przeciwległej ścianie rozstawiono kilka manekinów i tarcz strzelniczych, a dwie pozostałe były z kolei puste. Całe pomieszczenie było dość spore i Elyanie wydawało się, że jest ono większe niż znajdująca się nad nimi herbaciarnia, choć uznała, że to może tylko takie wrażenie, gdyż nie było tu wydzielonych żadnych innych pomieszczeń.
– Idź za parawan i przebierz się w zbroję – powiedział Hatori, stając tuż przy niej. Dziewczyna ledwo powstrzymała się, żeby nie podskoczyć; w ogóle nie usłyszała, że mężczyzna do niej podchodzi.
Księżniczka udała się za drewniany mebel, zadowolona, że nie jest on ażurowy, tak jak te, które miała w domu. Rozwinęła pakunek, otrzymany od Igora i prychnęła z niedowierzaniem. To, co miała przed oczami, w ogóle nie przypominało zbroi. Wyglądało to trochę bardziej jak wzmocniona skórzana kamizelka; tak samo wyglądało to ze spodniami. Westchnęła ciężko i szybko się przebrała. Na szczęście Igor dobrze ściągnął miarę i wszystko pasowało jak ulał.
– Tego nie zakłada się na gołą skórę – powiedział Hatori, unosząc brwi, gdy Elyana wyszła zza parawanu. – Zaraz porobią ci się otarcia.
– Nie mam nic innego – mruknęła, rumieniąc się lekko, po czym z niechęcią uznała, że resztę pieniędzy Joanny też będzie musiała wydać na ubrania.
– Więc przebierz się w to, w czym przyszłaś – stwierdził mężczyzna. – I pospiesz się, straciliśmy już dużo czasu.
Dziewczyna bez słowa ponownie zmieniła ubranie i po chwili stanęła przed Hatorim.
– Którą bronią mam walczyć? – zapytała, nie mogąc powstrzymać zachwytu na widok stojaków.
– Żadną – odpowiedział nauczyciel spokojnie. – Podejdź na środek sali.
– Jak to żadną? – powtórzyła ze zdziwieniem. – Myślałam, że nauczysz mnie walczyć!
– Owszem – odrzekł tamten ze spokojem. – Ale w tym momencie prędzej sama zrobiłabyś sobie krzywdę. A teraz stań na środku sali.
– Umiem posługiwać się bronią! – prychnęła, zakładając ręce na piersi. – Ja… Ćwiczyłam szermierkę – dodała, w ostatniej chwili powstrzymując się od tego, żeby nie wspomnieć o tym, że było to na zamku. Nie wiedziała, czy Nathan powiedział mu o jej pochodzeniu czy nie, a nie chciała niepotrzebnie ryzykować.
–Szermierkę, a nie to, jak kogoś zabić – powiedział Hatori, patrząc jej prosto w oczy. – Ale dobrze. Wybierz sobie którąś broń z górnego rzędu; one są stępione. I podejdź do mnie. – Mężczyzna stanął na środku sali i czekał na nią cierpliwie.
Elyana wzięła rapier, który wcześniej przykuł jej uwagę i zatrzymała się przed nauczycielem. Nim jednak zdążyła ustawić się w odpowiedniej pozycji, Hatori uderzył w nadgarstek ręki, w której trzymała ostrze. Broń zatoczyła koło i z brzdękiem wylądowała przy ścianie.
– To było nieuczciwe – rzekła z rozżaleniem dziewczyna, podnosząc rapier. – Mogłeś zaczekać, aż się przygotuję!
– Podczas walki nikt nie będzie czekał aż się przygotujesz. Przeciwnik wykorzysta każdą okazję, by jak najszybciej cię zabić albo obezwładnić – wyjaśnił jej spokojnie. – Ustaw się jeszcze raz.
Księżniczka przyjęła pozycję, zauważając, że Hatori nie ma żadnej broni, ale jemu ten fakt zdawał się nie przeszkadzać. Odliczył głośno do trzech i dziewczyna wypadła o krok do przodu, mierząc w jego tors. Mężczyzna odskoczył w ostatniej chwili i uderzył ją w przeponę. Elyana osunęła się na kolana, próbując złapać oddech. Hatori stanął obok niej, czekając, aż dojdzie do siebie.
– Chcesz dalej próbować, czy możemy w końcu przejść do tego, co na dzisiaj zaplanowałem? – zapytał ze spokojem.
– Możemy – sapnęła, trzymając się za brzuch. Podeszła do stojaka i odłożyła broń.
– Dobrze. Chodź tutaj. – Wskazał jej miejsce obok siebie. – Będę powtarzał różne komendy, a ty masz je wykonywać tak długo, jak długo będziesz w stanie.
– Rozumiem – mruknęła, czując, jak policzki płoną jej ze wstydu. Miała nadzieję, że przynajmniej teraz uda się jej uniknąć kompromitacji.
– Podskok! – krzyknął Hatori. – Skłon! Obrót w lewo! Skłon! Podskok! Krok do tyłu! W lewo! Podskok!
Mężczyzna powtarzał tak już przez dłuższą chwilę, i księżniczka poczuła, że powoli zaczyna brakować jej oddechu oraz że czuje lekkie zawroty głowy. Pomimo to uparcie podskakiwała, schylała się i odskakiwała na boki. W końcu jednak Hatori przerwał, a w sali można było usłyszeć tylko dyszenie dziewczyny.
– Nie jest źle – stwierdził po chwili, przyglądając się jej uważnie – choć oczywiście czeka cię jeszcze sporo pracy, jeśli nie nad zwinnością, to na pewno nad kondycją. A teraz powtórka – dodał mężczyzna i ponownie zaczął wykrzykiwać krótkie komendy, ale tym razem przerwał dopiero wtedy, gdy Elyana zatoczyła się od zawrotów w głowie.
– Dobrze, na dzisiaj wystarczy – powiedział, przytrzymując ją lekko. – Jutro przyjdź o tej samej godzinie, będziemy ćwiczyć dalej.
***
Księżniczka spieszyła się do gospody „Pod Lwim Łbem”, mijając po drodze tylko dwóch przechodniów. Ucieszyła się, że nie trafiła na żaden patrol, gdyż z pewnością Dhornijczycy byliby zainteresowani, dlaczego chodzi po mieście ze zbroją.
Dziewczyna poczuła ulgę, widząc w nikłym świetle latarni rude włosy Lentona, czekającego na nią przed gospodą. Modliła się w duchu, żeby nie było jeszcze za późno; wydawało się jej co prawda, że ćwiczenia z Hatorim nie trwały za długo, ale nie wiedziała, na jak długo Pia pragnęła zatrzymać się w Betancurii. Jeśli następnego ranka miałaby opuścić miasto, to mogła już spać, a wtedy na pewno nie udałoby się im wykonać tego zadania.
– No w końcu jesteś! – prychnął Lenton na jej widok. – Sterczę tu jak kołek! Gdzie byłaś? A nieważne – powiedział, gdy Elyana otworzyła usta, żeby się mu wytłumaczyć. – Pamiętasz, co masz robić?
– Tak – odrzekła krótko, coraz bardziej czując, że nic z tego nie wyjdzie.
– Dobrze. Będę czekał na was na górze. Wejdę kuchnią, żeby karczmarz nie zwrócił na mnie za bardzo uwagi. – Lenton ruszył w stronę tylnego wyjścia, ale zaraz się zatrzymał. – Powodzenia – rzucił przez ramię.
– Przyda się – westchnęła dziewczyna i weszła do gospody.

4 komentarze:

  1. Podobało mi się, tak jak cała reszta ;). Coz, podejrzewałam, ze Eyelena pójdzie na to spotkanie, i tak się powinna cieszyć, ze tylko tak to się skończyło. Nie rozumiem jednak tak naprawdę przebiegu tego spotkania. Kim tak naprawdę był fen żołnierz? Nie wiem, czy na pewno Dbirnijczykiem, jesli tak-to bardzo zle, go wrogowie nie dość, ze wiedza, iż księżniczka przeżyła, to znają jej miejsce pobytu (i dziwi mnie, ze E tego nie roztrząsa), a jesli ktos inny-to chyba tez nikt za miły. Zastanawiam się, czy to zaklęcie nie polegało na tym, aby zmodyfikować pamięć dziewczyny, bo to naprawdę cos dziwnego, ze o tym w ogole nie myślała... C.mial ciężka przeszłość, a i tak słodziak. H.chyba zna prawdę o pochodzeniu księżniczki, chyba jest zbyt mądry, zeby tego nie ogarnąć. Podobał mi się trening, jaki przygotował dla dziewczyny. No i trzecia sprawa, końcówka... Troche szkoda, ze nie napisałaś jakiegoś dokładniejszego opisu L... Ale pewnie to jeszcze przed nami. Jesli chodzi o błędy, to na początku napisałaś "wejdę" zamiast "wejdą", a rownież brakowało dwoch przecinków przed "że" i jeszcze pomieszały Ci się podmioty w opisie broni gdzieś. Mysle, ze powinnaś rozpragowowac swoje opowiadanie w sieci; jest naprawdę b.dobre. Zapraszam Cię do mnie i pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz, błędy poprawię :)
      Jeśli chodzi o to spotkanie, to w tekście jest drobna wskazówka, która pozwala odgadnąć, po co zorganizowano to spotkanie. Przyznaję, że zabrakło refleksji ze strony Elyany po całym zdarzeniu, spróbuję to jakoś nadrobić, dzięki za zwrócenie na to uwagi :)
      Zadanie jest dość rozbudowane, w związku z czym zdecydowałam się przenieść je do następnego rozdziału, żeby już nie rozciągać zanadto tego.
      U Ciebie już się rozejrzałam, przeczytałam chyba dwie miniaturki, a jutro będę miała trochę więcej czasu, więc na pewno je skomentuję.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  2. Tradycyjnie apeluję o niepowtarzanie się, hah. :)

    No i nocą zapewne nieszczególnie bezpiecznie także... niewyżyci i zdesperowani marynarze, Dhornijczycy (?), te sprawy. Zwłaszcza na miejscu kobiet nie wybierałabym się na nocne spacery przy świetle gwiazd i księżyca.

    Elyana widocznie dużo czytała, ale raczej nie dreszczowców, kryminałów, thrillerów, horrorów czy innych gatunków, które niemal wykrzyczałyby jej w twarz: nie rób tego! Już znamy takich przyjaciół. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, mroczna księżniczko.

    Dziwne, że Elyana w ogóle nie tęskni za rodzicami. Nie mówię, że ma popadać w żałobę, szlochać i całe dnie tkać całun, ale coś takiego by się przydało.

    Zasługuje na kogoś lepszego niż Vico... Na Ciebie, Caronie, mhm...?

    Jeśli chodzi o Twój problem z powtórzeniami, zauważyłam, że dotyczy on zwłaszcza zaimków.

    Może uda jej się przeżyć nie kilka, a kilkanaście dni. Zawsze to coś, nie? Z podejściem Elyany na jej miejscu nie liczyłabym na więcej.

    Na miejscu dziewczyny nie ufałabym temu żołnierzowi. Cudowne ocalenie, kapowanie na złodziei, złote monety...

    Ciekawe, co to za zaklęcie... Pewnie nic dobrego.


    Zaintrygowała mnie końcówka. Zostałam zupełnie zbita z tropu.

    Oj, przyda się, przyda...

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż, bardziej marynarze niż Dhornijczycy. Ale racja, nocne spacery w takich okolicach nie są mądrym pomysłem.

    Ten brak tęsknoty za rodzicami też powinien o czymś świadczyć, ale racja, lepiej będzie zaznaczyć, że nie ma go za wiele, niż w ogóle pominąć ten temat. Dziękuję za tę uwagę.

    Tak, z zaimkami mam problem, głównie przez czytanie tekstów po angielsku czy niemiecku, w których to językach używa się ich całkiem sporo. Trudno mi nad tym zapanować, nie ukrywam.

    Akurat to zaklęcie to zwykła teleportacja była, nic drastycznego. ;) Ale z perspektywy księżniczki faktycznie mogło wyglądać to trochę przerażająco.

    OdpowiedzUsuń