niedziela, 1 stycznia 2017

Rozdział 12

W końcu jestem. Rozdział ze sporo większą niż zwykle obsuwą, ale to raczej jednorazowa sytuacja, przynajmniej taką mam nadzieję.
Będę niezwykle wdzięczna za wskazanie wszelkich błędów, przede wszystkim literówek, gdyż klawiatura zaczęła mi trochę szwankować. Oczywiście sprawdzałam tekst, ale wiecie, coś zawsze może umknąć.
Przy okazji jeszcze życzę wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku i w ogóle wszystkiego najlepszego. :)

***

Tunele ściekowe wyglądały i śmierdziały tak jak zwykle. Tak jak zwykle również dało się słyszeć kapiącą wodę, popiskiwania szczurów i skrobanie ich pazurków o kamienie. Mimo tych wszystkich oznak normalności Elyana czuła się bardzo nieswojo; raz po raz rozglądała się dookoła, a jej dłoń cały czas spoczywała na rękojeści broni.
Po ledwie kilku godzinach snu, przerywanych ciągłymi koszmarami, w których główną rolę grał wykrwawiający się i umierający na jej rękach Caron, księżniczka wiedziała, że musi zająć się czymś konkretnym, żeby nie zwariować. Z braku lepszego rozwiązania postanowiła udać się do kryjówki Rodziny, głównie po to, by w ogóle zająć się czymkolwiek i choć na chwilę przestać myśleć o Caronie.
Zanim jednak tam dotarła, panujące w tunelach cisza i spokój niemal siłą wtłaczały jej do głowy wspomnienia tego, co miało miejsce poprzedniego wieczoru. Wciąż i wciąż widziała, jak chłopak osuwa się przed nią na kolana, jak próbuje jej coś powiedzieć, ale uniemożliwia mu to brak języka, jak wzdycha cicho i nieruchomieje już na zawsze…
Dziewczyna szybko otarła grzbietem dłoni łzy, które nagle stanęły jej w oczach, i zmusiła się do liczenia kroków, by tylko zająć myśli czymkolwiek innym. Raz, dwa, trzy, cztery… Jakimś cudem będzie musiała odnaleźć tych Dhornijczyków… Pięć, sześć… „Tawerna Tadla”. Nie słyszała o niej wcześniej, ale, z drugiej strony, o czym słyszała? Siedem, osiem, dziewięć… Rodzice przecież nie pozwalali jej błąkać się samotnie po mieście. Dziesięć, jedenaście, dwanaście… A teraz może przynajmniej wiedziałaby, gdzie w ogóle zacząć szukać. Trzynaście, czternaście… Tak, tylko kto chciałby jej pomóc? Wyglądało na to, że Dhornijczycy mają swoich ludzi wszędzie, więc i tak zaraz dowiedzieliby się, że chce ich znaleźć. Piętnaście, szesnaście, siedemnaście…
Elyana zatrzymała się nagle, jakby poraził ją piorun. Skoro żołnierze są w stanie dotrzeć do każdego, to mogą mieć kogoś, kto szpieguje Rodzinę nie tylko z zewnątrz, ale i od środka.
Księżniczka chwyciła się kurczowo tej myśli, podskórnie czując, że wpadła na właściwy trop. Wyraźnie słyszała, że ludzie, którzy mieli ich śledzić, nie radzili sobie za dobrze, a tymczasem żołnierze wiedzieli o tym, że Caron miał być gdzieś w kanałach. W jaki inny sposób mogli posiąść te informacje, jeśli nie od kogoś z Rodziny?
Ruszyła dalej, zastanawiając się gorączkowo nad tym, kim mógł być tajemniczy donosiciel. Nie znała co prawda wszystkich osób należących do tej zbieraniny przestępców, lecz i tak nie przeszkodziło jej to w nabraniu podejrzeń. Przeczucie graniczące z pewnością pozwalało jej stwierdzić, że jeśli ktoś mógł zdecydować się na współpracę z Dhornijczykami, to był to Vico.
Zdawała sobie co prawda sprawę ze swojego uprzedzenia w stosunku do mężczyzny, ale jeśli ktoś miałby na tyle czelności i tupetu, by współpracować z wrogiem tuż pod nosem Nathana, to z całą pewnością byłby to właśnie Vico. Zważywszy jednak na to, że cieszył się on zaufaniem niemal całej Rodziny, wiedziała, że bez odpowiednio mocnych dowodów nikt jej nie uwierzy.
***
Mimo wczesnej pory wiele osób było już na nogach. Nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek wiedział o śmierci Carona bądź zaprzątał sobie nią głowę; zwykły gwar rozmów raz po raz przerywały radosne okrzyki grających w kości. Jednym z nich był Vico, i choć Elyana przeczuwała, że wdawanie się z nim w jakąkolwiek rozmowę mija się z celem, postanowiła dać mu do zrozumienia, że wie o jego postępowaniu. Nim jednak udało się jej do niego dostać, dało się słyszeć rozeźlony krzyk Jacii:
– Hej, ty! Podejdzie tu w tej chwili!
Księżniczka spojrzała na nią niepewnie, ale zdając sobie sprawę, że najprawdopodobniej zaraz znajdzie się w centrum uwagi, jeśli kobieta nadal będzie się tak wydzierać, wykonała jej polecenie.
– O co chodzi? – zapytała cicho, ignorując kilka ciekawskich spojrzeń, rzucanych w ich stronę.
– O co chodzi! – prychnęła Jacia, nie zważając na narastające zainteresowanie pozostałych. – Jeśli nie umie wykonać łatwiutkiego zlecenia, to niech się nawet za takie nie bierze!
– Kapitan dostał przesyłkę, więc nie wiem, dlaczego się wydzierasz – warknęła Elyana. Chciała jak najszybciej skończyć tę rozmowę, zwłaszcza gdy zauważyła, że Vico przysłuchuje się jej z ogromną uwagą.
– Dostał, nie dostał, bez znaczenia! Biedne dzieciątko musiało się oczywiście wszystkim poskarżyć, jak to niedobra Jacia wysłała ją do brzydkiej knajpy! – Oczy kobiety błyszczały groźnie. – Co, myślała, że będzie sobie spacerować i siedzieć całe życie w „Norze”?
– Starczy, Jacia – powiedział Vico ostrzegawczo, choć na jego twarzy widniał wyraz najwyższego rozbawienia. – Nie strasz nam ptaszynki.
– Wspaniałych obrońców sobie znalazła, nie ma co – syknęła kobieta jadowicie. – Ćpun i morderca.
– Starczy – powtórzył groźnie mężczyzna; to wystarczyło, by Jacia zamilkła i odwróciła się od nich.
– O co jej chodziło? – zapytała księżniczka, gdy Vico zasiadł przy odrapanym stole, przy którym grali w kości.
Mężczyzna dał znak swoim towarzyszom, że nie będzie brał udziału w rozgrywce, po czym sięgnął po opróżnioną w trzech czwartych zakurzoną butelkę i rozlał jej pozostałą zawartość do dwóch szklanek.
– Widzisz – zaczął, biorąc jedną z nich i wypijając bez mała połowę – parę dni temu przyszedł tu Tony i zrobił jej awanturę, że wysłała cię do „Miecznika”. Jacia nie bardzo lubi, gdy ktoś się na nią wydziera, to się wkurwiła. W zasadzie tyle – powiedział i dopił trunek do końca.
– Aha – stwierdziła w końcu, nie bardzo wiedząc, co mogłaby odrzec, i wypiła łyk nalanego jej napoju. Był to rum; nie tak dobry jak ten, który przyniósł Caron, ale też nie najgorszy.
Poczuła rozlewające się w jej wnętrzu ciepło, choć nie wiedziała, czy w całości odpowiada za to alkohol. Fakt, że martwił się o nią ktoś poza Chellą, i to na tyle, by zwracać uwagę innym, wyjątkowo ją rozczulił, choć z drugiej strony zdawała sobie sprawę z tego, że nie pomoże jej on za bardzo w zdobyciu szacunku wśród pozostałych złodziei.
– No, Tony jeszcze nie wiedział, że tam, gdzie nie ma czego spieprzyć, tobie zawsze się uda – parsknął Vico z rozbawieniem, sprowadzając ją na ziemię. – Przynajmniej było z czego się pośmiać.
– To może nie będzie ci tak do śmiechu, gdy ci powiem, że Caron… nie żyje – rzekła lodowatym tonem, lecz mimo to przy ostatnich słowach zadrżał jej głos.
– Doprawdy – powiedział, wyciągając spod stołu kolejną butelkę.
– Tak. Ale ty pewnie o tym wiesz, co? – zapytała, po czym odchyliła się na krześle i założyła ręce na piersi, podejmując decyzję, że da mu do zrozumienia, że podejrzewa go o współpracę z Dhornijczykami. Liczyła na to, że być może Vico w jakiś sposób się przed nią zdradzi.
– Nie, chociaż w sumie mnie to nie dziwi – odpowiedział i nalał sobie pełną szklankę.
– Pewnie dlatego, że masz z tym coś wspólnego, co?
Mężczyzna zatrzymał rękę z rumem w połowie drogi do ust i przez kilka sekund wpatrywał się w księżniczkę w kompletnym oszołomieniu.
– Pojebało cię już do reszty? – wykrztusił w końcu i odstawił nietkniętą szklankę na stół. – Po co miałbym to zrobić.
– Ty mi to powiedz. – Księżniczka nie spuszczała go z oka.
– Dobra, ptaszynko, posłuchaj mnie teraz uważnie – wydusił, bez mała dysząc z wściekłości, choć starał się pohamować. – Gdybym znowu miał na ciebie ochotę, to po prostu bym cię zerżnął, a nie zabijał twoich fagasów, rozumiesz?
– Nie… nie o to mi chodziło – wyszeptała po dłużej chwili, gdy odzyskała panowanie nad głosem. Widziała, że Vico był tym razem naprawdę rozgniewany; uznała, że jak najszybciej musi wycofać się ze swoich wcześniejszych słów, chociaż przyznanie się do żywionych w stosunku do niego podejrzeń wydawało się jej jeszcze gorszym pomysłem. Nie widziała jednak innego wyjścia.
– Po prostu wydaje mi się, że ktoś z Rodziny utrzymuje kontakty z Dhornijczykami – powiedziała, zaciskając drżące dłonie na blacie tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. – I…
– I myślisz, że to ja – dokończył za nią mężczyzna zaskakująco spokojnie, dolewając sobie rumu do szklanki.
Elyana milczała. Wpatrywała się intensywnie w jeden z wyrytych na powierzchni stołu napisów.
– No, ptaszynko, okazuje się, że jakieś resztki rozumu jeszcze masz. – Vico zaśmiał się krótko. – Chciałbym zobaczyć, jak próbujesz przekonać Nathana czy Alfonsa, że zdradziłem, ale nie ma na to czasu. To nie ja.
– Niby dlaczego miałabym ci uwierzyć? – zapytała, czując się trochę pewniej, gdy jego gniew osłabł.
– Nie chcesz, to nie wierz, gówno mnie to obchodzi. – Mężczyzna wzruszył ramionami. – Ale lepiej nie rób sobie tutaj wrogów, bo z Dhornijczykami na pewno sobie sama nie poradzisz.
***
Pogrzeb Carona odbył się dwa dni później wczesnym rankiem. Nad Betancurią wisiała gęsta, mlecznobiała mgła, która jednak dość szybko opadała, zwiastując tym samym nadejście ładniejszej pogody.
Sam cmentarz, położony za niewielką świątynią, znajdującą się na obrzeżach miasta, był miejscem cichym i spokojnym, a przy okazji dość zaniedbanym. Gęsta trawa, od dawna niekoszona, zarastała wąskie ścieżki, a przy rosnących gdzieniegdzie drzewach leżały sterty zbutwiałych, niezgrabionych liści. Nagrobki, w zdecydowanej większości wykonane z drewna, pozapadały się i poprzechylały w glinianym podłożu; nikt nie zadał sobie trudu, by zmienić ten stan rzeczy. Tylko tam, gdzie sytuacja wyglądała naprawdę źle, powbijano grube kołki, które miały na celu podtrzymać walące się nagrobki.
– Czy Dhornijczycy nie pozwalają też działać świątyniom? – zapytała cicho Elyana stojącej obok Chelli.
– Wręcz przeciwnie – odrzekła kobieta szeptem. – Odkąd… przejęli władzę, to zaczęli tu coś naprawiać. Te pale to ich zasługa. Wcześniej było tu jeszcze gorzej.
– Rozumiem – mruknęła księżniczka, czując, że się rumieni, i zamilkła.
Aż za dobrze wiedziała, o co jej chodziło: Chella wyraźnie zasugerowała że za ten stan rzeczy odpowiada jej ojciec. Dziewczyna co prawda nie miała pojęcia, jak król czy jego doradcy zarządzali miejską infrastrukturą, ale biorąc pod uwagę to, jak cmentarz wyglądał, bardzo prawdopodobne było to, że w ogóle nie zaprzątali sobie tym głowy.
Jej rodzice w ogóle rzadko kiedy zajmowali się sprawami religijnymi; to samo zresztą dotyczyło jej samej. Od czasu do czasu, gdy brali udział w wyjątkowo ważnych uroczystościach, to towarzyszył im kapłan, ale były to wypadki bardzo sporadyczne. Księżniczka odebrała jakieś nauki, dotyczące podstawowych założeń wiary, ale nigdy nie przywiązywała do nich większej wagi.
Teraz jednak, gdy jej rodzice nie żyli, a ona sama przebywała na cmentarzu, zaczęła zastanawiać się, co stało się z ich ciałami. Czy głowy króla i królowej nadal były zatknięte nad bramą zamku, a ich zwłoki zakopano razem z żołnierzami, którzy polegli w czasie walk? Elyana przypuszczała, że tak właśnie się stało, ale nie miała na tyle odwagi, by zapuścić się bliżej w okolice swojego poprzedniego domu.
Nagle usłyszała za sobą cichy szloch i odwróciła się dyskretnie. To Trissa płakała, łkając raz po raz i ocierając łzy w nieco przykrótkie rękawy płaszcza.
Księżniczka przygryzła lekko wargę i opuściła głowę, wpatrując się w zamoczone w wilgotnej trawie czubki butów. W gruncie rzeczy nie wiedziała do końca, co właściwie łączyło Trissę i Carona; ostatecznie znała całą sytuację tylko z jednej strony. Nie wykluczała więc, że pracująca w kuchni dziewczyna żywiła jakieś większe nadzieje co do ich wspólnej przyszłości, choć chłopak cały czas twierdził że to w zasadzie nic poważnego. Wydawało się jej, że chyba jedna lepiej, że ostatecznie Caron najwyraźniej o niczym nie powiedział; Elyana wątpiła, by w przeciwnym wypadku Trissa byłaby aż tak zrozpaczona.
Z tych rozmyślań wyrwała ją Chella, która szturchnęła ją w ramię i wskazała ruchem głowy na idących w ich stronę kapłana oraz jego pomocników niosących drewniany katafalk, na którym leżał Caron.
Elyana odetchnęła głęboko, gdy Trissa załkała o wiele głośniej niż poprzednio. Ona sama nigdy jeszcze nie była na pogrzebie kogoś bliskiego: jej dziadkowie zmarli, jeszcze zanim się urodziła, a jeżeli chodziło o jej rodziców, to najpewniej w ogóle żaden pochówek nie miał miejsca. Ceremonie pogrzebowe, w których brała udział, dotyczyły w większości jakichś współpracowników ojca, których tylko czasem znała twarze. Uroczystości te kojarzyły się jej w głównej mierze z nudą.
Skromny pochód zatrzymał się tuż przy świeżo wykopanym grobie. Mężczyźni z wyraźną ulgą odstawili katafalk, ocierając czerwone i spocone od wysiłku twarze, kapłan natomiast cierpliwie oczekiwał, aż wszyscy zebrani podejdą w miarę blisko.
Księżniczka skupiła wzrok na leżącym zaledwie kilka kroków od niej Caronie. Ubrano go całego na ciemnoniebiesko, a dodatkowo jego twarz przykryto granatowym tiulem, dzięki czemu jego rany były właściwie niedostrzegalne, co powitała ze sporą ulgą. Sama myśl o cierpieniu, którego chłopak doświadczył przed śmiercią, sprawiła, że poczuła pieczenie w kącikach oczu. Zamrugała szybko i skierowała spojrzenie na kapłana.
Mężczyzna, również ubrany w długie, ciemnogranatowe szaty, z wyszytym na przedzie symbolem boga zmarłych, Kelemvora, wyprostowanym ramieniem szkieletu trzymającym złotą wagę, uniósł rękę, dając tym samym znak, że ceremonia właśnie się rozpoczyna.
Elyana rozejrzała się dyskretnie dookoła, nieco zaskoczona liczbą zebranych ludzi. Udało się jej zauważyć, że przyszedł Nathan, Alfons, Hatori i Yance oraz kilkanaście innych osób, których co prawda nie znała, ale nie miała wątpliwości, że przynajmniej część z nich należy do Rodziny.
Na ten widok poczuła ukłucie niepokoju. Jeżeli ktoś rzeczywiście donosił Dhornijczykom o działaniach złodziei w Betancurii, to teraz miał znakomitą okazję, żeby zdradzić ich wszystkich: zebrani w jednym miejscu stanowili dziecinnie łatwy cel dla żołnierzy.
– Zebraliśmy się tutaj, by w imieniu Władcy Umarłych pożegnać naszego brata, Carona – zaczął kapłan spokojnym, głębokim głosem. – Odszedł on co prawda za wcześnie, ale nie zmienia to faktu, że i tak nas wszystkich czeka ten sam los. Los, który jest naturalną koleją życia i którego w żadnym przypadku nie należy się obawiać. Sędzia Potępionych zaopiekuje się każdym, kto do niego trafi.
Mężczyzna przemawiał w ten sposób jeszcze przez kilka długich chwil, ale księżniczka przestała już go słuchać; jej myśli powędrowały do dwóch Dhornijczyków, którzy odpowiadali za śmierć jej przyjaciela. Pierwszy krok stanowiło dowiedzenie się, gdzie właściwie znajduje się „Tawerna Tadla”. W czasie swoich wycieczek po mieście nigdy jej nie zauważyła, choć miała na uwadze, że nie zapuszczała się w okolice zamku. Obawiała się, że jego widok może nie wpłynąć na nią najlepiej.
Kapłan skończył swoją mowę i dał znak jednemu ze swoich pomocników. Ten podał mu niewielką hubkę, którą mężczyzna położył na nogach Carona, po czym pozostali powoli opuścili katafalk do wykopanego wcześniej grobu. Następnie odsunęli się, a ich miejsce zajął kapłan. Wyciągnął w stronę Carona dłoń ze zgiętym palcem wskazującym oraz środkowym i wypowiedział jedno słowo.
W tym samym momencie z grobu buchnęły płomienie, które w kilkanaście sekund spopieliły ciało chłopaka. Grabarze wzięli się za zasypywanie dołu, a zebrani na uroczystości powoli zaczęli się rozchodzić. W końcu przy świeżym grobie zostały tylko ona, Trissa i Chella.
– Chodźcie, moje drogie – powiedziała cicho najstarsza kobieta, łapiąc delikatnie za ramię ciągle płaczącą Trissę; ona sama miała mocno zaczerwienione oczy.
– Nie! – Dziewczyna wyrwała się z uścisku, stając tuż przy usypanej ziemi.
– Ja też zostanę – mruknęła Elyana, gdy Chella spojrzała na nią wyczekująco.
Dopiero gdy wszyscy się rozeszli, a Caron został pochowany, dotarło do niej, że już go więcej nie zobaczy. W związku z tym czuła, że nie może go tam tak po prostu zostawić. Stanęła więc po drugiej stronie grobu, naprzeciwko Trissy, i zaczęła wpatrywać się w skromną drewnianą tabliczkę, na której wyryto tylko „Caron Davies, 24 lata”.
Cisza panująca na cmentarzu, przerywana tylko ciągłym łkaniem Trissy, była przytłaczająca, i Elyana już po kilku chwilach poczuła się nieswojo. Coś jednak trzymał ją w miejscu.
– Podobno byłaś przy nim, gdy umarł – odezwała się w końcu dziewczyna; księżniczka w tym samym momencie pożałowała tego, że jednak nie poszła z Chellą. Nie miała najmniejszej ochoty rozmawiać na ten temat.
– Tak – odpowiedziała w końcu. Nagłe przywołanie tych wspomnień sprawiło, że łzy ponownie stanęły jej w oczach.
– A… – Trissa zawahała się na moment – czy wspominał coś o mnie?
Księżniczka przez kilka chwil zastanawiała się, co powinna jej odpowiedzieć. Z jednej strony mogłaby ją okłamać i powiedzieć, że tak, ale wtedy pewnie musiałaby wymyślić, co konkretnie, a nie miała ochoty na spontaniczne tworzenie miłosnych wyznań kogoś umierającego. Z drugiej strony wiedziała jednak, że opowiadanie o śmierci Carona będzie przykrym doświadczeniem nie tylko dla dziewczyny, ale i dla niej samej.
– No? – ponagliła ją Trissa. – Mówił coś?
– Nie – odrzekła Elyana, po czym, zgodnie z oczekiwaniami, dostrzegła rozczarowanie na twarzy rozmówczyni. – Był nieprzytomny – dodała szybko w przypływie współczucia, zwłaszcza gdy przypomniała sobie, jak Caron mówił, że z Trissą nie łączy go nic specjalnego.
– A wiesz, kto to zrobił? Widziałaś go?
– Nie – odpowiedziała kolejny raz, tym razem o wiele szybciej. Nie wiedziała, czy Trissa pracuje dla Rodziny, czy może tylko w kuchni, więc nie chciała ryzykować, że zdradzi jej przypadkiem jakieś ważne, choć pozornie nieistotne informacje. – Muszę już iść – rzekła, widząc, że Trissa chce o coś jeszcze zapytać, po czym ruszyła w stronę wyjścia z cmentarza.
Gdy znalazła się przy bramie, zobaczyła stojących po drugiej stronie Vico oraz Tony’ego. Zatrzymała się, myśląc intensywnie nad tym, czy może nie poszukać innego wyjścia, ale było już za późno, gdyż zdążyli ją już zauważyć. Elyana odetchnęła głęboko i ruszyła im na spotkanie.
– Co tak długo? – przywitał ją zniecierpliwiony Vico. – Pogrzeb już chyba dawno się skończył?
– O co chodzi? – Księżniczka zignorowała jego słowa i zwróciła się do Tony’ego, który właśnie zaciągnął się papierosem.
– Musimy pogadać – odpowiedział za niego Vico. – Nathan kazał mi zająć się tym wszystkim, więc bądź grzeczną ptaszynką i powiedz mi, co wiesz.
– Chcesz zapalić? – zapytał przemytnik, wyciągając w jej stronę papierośnicę. Dziewczyna przyjęła papierosa i zaciągnęła się mocno dymem. Tym razem nie chciało się jej kaszleć.
– Kurwa, mówiłem ci, że nie palę tego gówna – warknął Vico, gdy Tony poczęstował i jego. – No więc? – zwrócił się ponownie do księżniczki.
– Zabili go dwaj Dhornijczycy – zaczęła Elyana. – Torturowali go przed śmiercią.
– Gdzie to było? – Przemytnik przydeptał niedopałek papierosa i schował ręce do kieszeni.
– W kanałach obok herbaciarni Hatoriego – odrzekła dziewczyna.
– Tam nie ma żadnych kanałów – prychnął Vico. – Znowu się zgubiłaś?
– Są! – powiedziała urażonym głosem. – Wejście do nich było w domu obok, no i tam właśnie znalazłam Carona i tych żołnierzy.
Obaj mężczyźni wymienili spojrzenia, ale nie odezwali się. Dopiero po chwili Tony zapytał:
– A kto tam mieszka?
– Jakiś facet. Powiedział, że dostawał od Dhornijczyków pieniądze w zamian za udostępnienie im tego wejścia.
– No – stwierdził Vico z zadowoleniem. – Trzeba się z nim w takim razie… rozmówić.
– To może być problematyczne – odpowiedziała Elyana z zakłopotaniem, pocierając kark. – On nie żyje.
– No kurwa mać – westchnął. – Pewnie twoja robota? Mówiłem ci – zwrócił się do przemytnika, gdy dziewczyna przytaknęła – że nawet jak nie ma czego spierdolić, to ona i tak to zrobi.
– Udało ci się czegoś od niego dowiedzieć? – zapytał Tony, nie zwracając uwagi na słowa Vico.
– Od ludzi, z którymi spotykali się żołnierze, można było wyczuć zapach oliwy. Nathan wam o tym nie mówił?
– Wspominał, ale to raczej wiele nam nie da – odrzekł Vico. – Co z tymi żołnierzami? Jak wyglądali?
– Jeden był łysy.
– No a drugi?
– Drugi nie. Ale…
– O kurwa – westchnął Vico kolejny raz. – Weź ty to załatw, bo ja nie mogę rozmawiać z tą idiotką – zwrócił się do przemytnika, który właśnie zapalał kolejnego papierosa.
– Posłuchaj – zaczął Tony, gdy drugi mężczyzna ich opuścił. – Tylko ty wiesz, jak wyglądają ci żołnierze, którzy zabili twojego przyjaciela. Dowiedz się, jak się nazywają, czy patrolują jakąś konkretną część miasta, w ogóle gdzie ich można znaleźć i…
– To akurat wiem – przerwała mu, zarumieniona lekko ze złości po tym, co powiedział Vico. – Wspominali o „Tawernie Tadla”, że tam często chodzą.
– Odpada – stwierdził natychmiast. – Nie pchaj się tam, tam są prawie sami Dhornijczycy.
– Tak, wiem. – Księżniczka przytaknęła ruchem głowy. – Nathan mi już o tym mówił. Ale bez tego nie mam żadnego punktu zaczepienia! A muszę, muszę coś zrobić!
– Tak, ale nie narażaj się bez potrzeby. Prędzej czy później ich dorwiemy, a w pośpiechu łatwiej popełnić błąd. I… – Tony zawahał się na chwilę – nie przejmuj się komentarzami Vico. On taki po prostu jest.
Elyana prychnęła cicho, ale nie odezwała się; nie wiedziała, co mogłaby odpowiedzieć na tę trochę niespodziewaną uwagę.
– Jeśli czegoś się dowiemy, to damy ci znać – dodał jeszcze mężczyzna, po czym odszedł, zostawiając ją samą przy cmentarnej bramie.
***
– Skup się – powiedział ze spokojem Hatori, choć w jego głosie można było rozpoznać pierwsze oznaki zniecierpliwienia. – Jeszcze raz.
Księżniczka bez słowa podniosła wypuszczoną przed chwilą broń i stanęła naprzeciwko nauczyciela, oddychając ciężko. Gdy ten tylko dał znak, ruszyła gwałtownie do ataku, wkładając w każdy zadany cios maksimum siły.
Hatori bez najmniejszego problemu sparował, po czym pchnął nią o ścianę. Nim zdążył zareagować, Elyana już od niej odskoczyła i wykonała równie agresywny co wcześniej kontratak. Teraz mężczyzna również poradził sobie z nią bez większego wysiłku: powalił ją na podłogę i zanim dziewczyna się podniosła, przycisnął dość mocno ostrze miecza do jej pleców.
– No puść mnie – wydyszała, próbując odczołgać się od Hatoriego, ale ten tylko zwiększył nacisk swojej broni.
Trwali tak przez kilka chwil, dopóki mężczyzna nie schował miecza. Czując, że już była wolna, Elyana zerwała się z posadzki i spoglądała na nauczyciela ze złością.
– Co to miało być? – prychnęła, opuszczając rapier, gdy zobaczyła, że mężczyzna stoi bez broni.
– Nie będziemy już dzisiaj trenować – stwierdził ze spokojem.
– Dlaczego?
– Bo i tak się niczego nie nauczysz – odparł, biorąc się za sprzątanie sali. – Przyszłaś tu tylko wyładować swoją złość, a nasze lekcje nie są do tego przeznaczone.
– Przyszłam po prostu poćwiczyć – wydusiła po chwili, starając się zapanować nad głosem. – Przecież zgodziłeś się, żeby mnie szkolić, więc nie wiem, o co ci chodzi.
– To przyjdź, jak już będziesz wiedziała. – Hatori znajdował się już przy wyjściu. – Do tej pory nie mamy o czym rozmawiać – rzekł, po czym opuścił salę, zostawiając dziewczynę samą.
Księżniczka kopnęła ze złością w ścianę, a potem uderzyła w nią z całej siły pięścią. Faktycznie liczyła na to, że na treningu uda się jej nieco uspokoić targające nią ostatnimi dniami emocje, ale najwyraźniej musiała znaleźć jakieś inne rozwiązanie. Po chwili namysłu zdecydowała się wrócić do „Niedźwiedziej Nory”, by tam być może napić się czegoś mocniejszego i w ten sposób choć trochę się rozluźnić.
Gdy znalazła się na zewnątrz, rześkie powietrze uderzyło ją w twarz, otrzeźwiając ją odrobinę. Odetchnęła głęboko, schowała ręce do kieszeni i ruszyła w stronę restauracji.
Ciemna, wąska uliczka była już całkowicie opustoszała; w nielicznych oknach dało się zauważyć jeszcze światła świadczące o tym, że ktoś tam jednak żyje.
Elyana westchnęła i przyspieszyła nieco kroku, uważając przy tym, by nie poślizgnąć się na wilgotnych od osiadłej mgły kamieniach, którymi wyłożono ulicę.
– Stać i nie ruszać się!
Dziewczyna w pierwszej chwili nie zareagowała; dopiero gdy komenda została powtórzona, dotarło do niej, że poza nią nie ma nikogo innego, do kogo można by ją skierować. Zatrzymała się w pół kroku i odwróciła się, by zobaczyć, kto ją wypowiedział.
– Nie ruszać się!
Księżniczka posłusznie wypełniła to polecenie, zwalczając w sobie instynktowną chęć ucieczki; czuła, że z każdą sekundą wpada w coraz większe kłopoty.
Podejrzenia te potwierdziły się, gdy po kilku nieznośnie długich chwilach stanął przed nią dhornijski żołnierz. Szybko opuściła głowę, chcąc ukryć twarz: o ile mijające ją na ulicy patrole mogły nie zwrócić na nią uwagi, tak raczej nie miała co liczyć na to, że tym razem uda się jej uciec nierozpoznaną. Dodatkowo przypomniała sobie zasłyszane w kuchni historie o znikających nagle ludziach i zadrżała. Przemknęła jej przez głowę myśl, by może wyciągnąć broń, ale zaraz ją odrzuciła: nie miałaby najmniejszych szans w walce z najgorszym nawet żołnierzem.
– Co tu robisz? – zapytał mężczyzna, mierząc ją surowym wzrokiem od góry do dołu. Elyana zerknęła na niego kątem oka z nadzieją, że być może to ten sam, gdy wpadła w kłopoty w „Mieczniku”, ale był to ktoś inny.
– Wyszłam na spacer, oficerze – odpowiedziała, na wszelki wypadek nie podnosząc głowy. – To chyba nie jest zabronione?
– Normalnie nie – zgodził się z nią żołnierz, po czym zbliżył się do niej o krok. – Ale to wszystko razem… Młoda kobieta, sama o tak późnej porze, w dodatku w tak… nietypowym ubraniu… To wygląda dość podejrzanie.
– A co niby jest nie tak z moim ubraniem? – prychnęła, w pierwszym momencie nie wiedząc, o co mu chodzi. Zreflektowała się jednak po chwili, gdy jej wzrok padł na rozcięty w czasie treningu od nadgarstka do łokcia rękaw koszuli oraz skórzaną zbroję, która nie stanowiła zwyczajnego ubioru pozostałych mieszkańców miasta.
– Jestem tylko biedną dziewczyną, która pracuje w kuchni – zaczęła płaczliwym głosem, nadal nie podnosząc głowy. – Nie stać mnie na inne ubrania.
– Ty tak twierdzisz – odpowiedział żołnierz; widać było, że ani trochę jej nie wierzy. – Sama się chyba zgodzisz, że można by cię uznać za prostytutkę szukającą klienta.
Księżniczka w końcu spojrzała prosto na mężczyznę z niedowierzaniem i ze strachem jednocześnie. Dhornijczycy faktycznie był bardzo cięci na wszelkie oznaki prostytucji: pozamykanie domów publicznych i wyłapywanie osób parających się tym zajęciem należało najwyraźniej do porządku dziennego. Czy w końcu oficer, który ją uratował, nie sugerował jej tego samego?
– Jaka prostytutka byłaby na tyle głupia, żeby szukać klienta w samym centrum miasta, gdzie jest was pełno? – syknęła ze złością, na wszelki wypadek przysuwając dłoń nieco w okolice rękojeści broni. Wiedziała, że nie może dać się aresztować; wydałaby za wiele osób, ze sobą na czele.
– Jest cienka granica między odwagą a głupotą – stwierdził mężczyzna, podchodząc jeszcze bliżej. Dziewczyna cofnęła się o krok.
– Ale ja nie jestem głupia!
Przez kilka chwil wpatrywali się w siebie bez słowa. W końcu żołnierz odsunął się od niej i uśmiechnął lekko.
– Wiesz co? – zaczął zdawkowym tonem, nie spuszczając jej z oka. – Może po prostu… przekonasz mnie, że nic podejrzanego nie miało tu miejsca? W końcu chyba nie chcesz żadnych problemów, prawda?
– Ile pan chce, oficerze? – zapytała z westchnieniem ulgi. Z tego, co słyszała do tej pory, Dhornijczycy rzadko kiedy przyjmowali łapówki, więc ucieszyła się, że udało się jej trafić na wyjątek od reguły.
– Nie mówiłem o pieniądzach. – Mężczyzna uśmiechnął się szerzej i pogłaskał ją po ramieniu.
– Nie zrobiła niczego złego, więc nie muszę cię o niczym przekonywać! – krzyknęła i cofnęła się kolejny raz, strącając z siebie rękę żołnierza.
Zanim którekolwiek z nich zdążyło zrobić lub powiedzieć coś więcej, zza rogu wpadł na nich potężnych rozmiarów mężczyzna. Księżniczka już niemal wyjęła broń, ale na jego twarz padło światło z jednego z okien: był to jeden z ludzi Nathana, którzy zwykle przebywali z nim w jego biurze.
– Elyana, wszystko w porządku? – zapytał, po czym, nie czekając na jej odpowiedź, odwrócił się do Dhornijczyka i zmierzył go wrogim spojrzeniem.
– A ty kim jesteś? – Żołnierz spoglądał na niego z niechęcią.
– Kimś, kto wykopie cię z powrotem do twojego Cesarstwa, jak się od niej nie odczepisz!
– Znasz go? – zwrócił się do dziewczyny Dhornijczyk. Nim ta zdążyła odpowiedzieć, wtrącił się nowoprzybyły:
– Jestem jej bratem.
Zapadła cisza. Przez kilka chwil mężczyźni mierzyli się wzrokiem, aż w końcu żołnierz odsunął się od nich na bezpieczną odległość.
– No dobra. Jakbyś chciała się… spotkać, to przyjdź do „Tawerny Tadla”, tam zwykle spędzam wieczory. – Dhornijczyk skinął im lekko głową na pożegnanie, po czym odszedł.
Księżniczka stała bez słowa, patrząc za nim. Czuła, jak mocno bije jej serce: ten żołnierz wspomniał właśnie o „Tawernie Tadla”! Spotkanie z nim stanowiłoby doskonały pretekst, by dostać się do środka bez wzbudzania większych podejrzeń i rozejrzeć się za mordercami Carona.
Ta myśl zajęła ją tak bardzo, że dopiero po chwili dotarło do niej, że strażnik Nathana coś do niej mówi. Spojrzała na niego przepraszająco.
– Wszystko w porządku? – zapytał.
– Tak, tak. Dziękuję – odrzekła prędko, chcąc jak najszybciej wrócić do „Niedźwiedziej Nory”, by tam w spokoju obmyślić plan działania.
– To dobrze. Zauważyłem cię z tym Dhornijczykiem i pomyślałem, że możesz mieć kłopoty.
– Nadal mnie śledzicie? – Elyana zmarszczyła brwi. – Chyba już udowodniłam, że jestem godna zaufania?
– Nathanowi chodzi o twoje bezpieczeństwo – wytłumaczył jej ze spokojem. – Bardzo się o ciebie troszczy.
– Zauważyłam – prychnęła z przekąsem, ale zaraz potem poczuła się głupio. – Dziękuję za pomoc – dodała już normalnym tonem.
– Nie ma sprawy. Ale lepiej na siebie uważaj; nie z każdego miejsca będziemy w stanie cię uratować.

4 komentarze:

  1. Podobało mi sie. Pomysł Eylany co do zdrajcy głupi nie jest, choc podejrzewam,ze to nie jest Vico. Swoją droga wkurza mnje on, choc i tak w jakis sposob intryguje,cp chyba tylko mnje wkurza. Jego sposob bycia i mówienia.. przydałoby się mu przysolic,a jednocześnie jest w jakis sposob ciekawy. Ciężka sprawa :D zastanawia mnie,co Ten Tony taki zainteresowany nasza księżniczka. Jakby jej papierosów nie dawał,to bym go wolała xD pogrzeb...nadal nie moge sie pogodzić z tym,co się stało... i mam nadzieje,ze zostanie szybko odkryte,kto to zrobił.jestem niemal pewna,ze Eylana niedługo pójdzie do tej karczmy,teraz ma pretekst,choc wiadomo,ze w domyśle akurat tez żołnierz prostytucja zainteresowany był :/ faktycznie zdarzyło sie troche literówek, np. Niema zamiast niemal czy je zamiast jej; brakowało tez przecinka w zdaniu o dziadkach księżniczki. Ogolnie musze przyznać,ze akcja jest coraz szybsza;intrygi sie łącza, coraz wiecej emocji wzbudzasz,jest mrocznie i niejednoznacznie. Oby y tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. :)
      W przypadku tych podejrzeń chyba trzeba by się zastanowić, na ile są to uprzedzenia Elyany, a na ile faktyczna możliwość; w końcu Vico wspominał o śmierci Carona zanim ten został zamordowany. Ale prawda, Vico jest ogólnie jednym z ciekawszych bohaterów. ;)
      Tak, wycieczka do tej karczmy jest nieunikniona, ale z perspektywy czasu będzie bardzo owocna, tyle mogę powiedzieć. :)
      Wiedziałam, że coś mi musiało umknąć. ;___; Zaraz będę poprawiać.
      O, i jaki ładny komplement na koniec. Dziękuję! :)

      Usuń
  2. Dzień dobry. :)
    W odpowiedzi na Twój komentarz u mnie napisałam, że wpadnę tu pod wieczór, ale jakoś wcześniej znalazłam chwilkę, więc dlaczego nie teraz?
    Wraca moja pięta achillesowa... Miałam dłuższą, powiedzmy, przerwę z opowiadaniem i nie wiem, czy czasem kogoś nie pomylę, więc z góry... wybacz. :)
    Tunele ściekowe... milusio. :) To liczenie kroków skojarzyło mi się tak bardzo z Milanem, że aż się rozczuliłam. Nie wiem, czy zrozumiesz, bo nie pamiętam, czy na tym etapie mojej historii, na której jesteś, było już dość o tym liczeniu kroków.
    Nie wiem dlaczego, ale przy czytaniu rozmowy z Jacią pomyślałam o tym, że miałam przeczytać Twoje inne opowiadania tutaj i zapomniałam. Jakby Jacia na mnie krzyczała i w ogóle z wyrzutami.XD
    Vico i nazywanie Elyany ptaszyną... Już wyobrażam sobie, jak to mówi, ten ton... aż dziwnie dreszcze przechodzą. To o wiele gorsze, niżby ją zwyzywał od góry do dołu.
    Nie sądzę, by zdrajcą był Vico. To w sumie za proste, chociaż moze pomyślałaś o zabiegu a'la (Krzyk), w którym największym zaskoczeniem był... totalny brak zaskoczenia.
    Zauważyłam, że w sumie rzadko opisuje się pogrzeby. Albo tylko mi się tak zdaje... Może chodzi o trud z tym związany? Z uchwyceniem, umm, atmosfery? Niewprowadzeniem zbytniego patosu, ale pokazaniem uczuć? Byłam w życiu na trzech pogrzebach i na każdym - niezależnie od tego, jak bliska mi była zmarła osoba - nie było mi tyle smutno, co bardzo, bardzo dziwnie... dziwnie w sensie, którego nie potrafię w żaden sposób opisać.
    Podobało mi się podkreślenie różnicy między standardowym porzebem królewskim, który znała Elyana, a w którym właśnie uczestniczyła.
    Aż mi się Trissy zrobiło szkoda... a skoro miała wzbudzić nasze współczucie, pewnie jest winna.XD
    Jeszcze ten Tony, mhm... I mój Hatori. :)
    Miłego dnia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :)
      Tak to jest z dłuższymi przerwami, więc wybaczam. :)
      Tak, było już liczenie kroków, było. Gdy pisałam ten fragment, to właśnie od razu pomyślałam, że Twój Milan też tak miał. Ja w sumie też tak mam, takie liczenie kroków jest bardzo uspokajające.
      Spokojnie, scena z Jacią nie miała żadnego ukrytego przekazu. :D
      Dla mnie opisywanie pogrzebów jest właśnie takim ćwiczeniem niepopadania w nadmierny patos, dlatego samą ceremonię nieco zepchnęłam na drugi plan, a skupiłam się na czymś innym.
      Dzięki za komentarz, również życzę miłego dnia. :)

      Usuń